Pokazywanie postów oznaczonych etykietą matka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą matka. Pokaż wszystkie posty

Żłobek i przedszkole? Niekoniecznie...


Mamy wrzesień, więc siłą rzeczy aktualny temat numer jeden to żłobki i przedszkola. Temat gorący, a jakże, nieobojętny żadnemu rodzicowi i jak jeden z wielu dzielący rodziców. Zwłaszcza temat żłobków to drażliwa sprawa niczym karmienie. Rodzice dzielą się na zagorzałych zwolenników, dla których żłobek to miejsce, gdzie dziecko społecznie się odchami, wspaniałe "ciocie" wszystkiego nauczą i dwulatek mentalnie przewyższy wiedzą i intligencją czterolatka siedzącego z mamą w domu. Przeciwnicy zaś postrzegają żłobek jako zło koniecznie, siedlisko chorób wszelakich, bezduszną poczekalnię gdzie dziecko jest zdane samo na siebie, chodzi 8 godzin w jednej pieluszce, niewiele zje, najwięcej czasu przepłacze, tęsknie spoglądając w stronę drzwi, aż mama się zjawi.
Oczywiście poglądy są skrajne, pewnie większość rodziców jakiś dylemat ma, a prawda jak zwykle leży gdzieś po środku.
Nie ukrywam, że mnie co prawda bliżej by było do tej drugiej grupy, chociaż znam dużo dzieci, dla których żłobek rzeczywiście jest miejscem, do którego lubią chodzić. Moje dzieci do żłobka nie chodziły, a mój pierworodny nawet do przedszkola, ku zgorszeniu ogółu, poszedł ekstremalnie późno, bo miał 4,5 roku. Przyznam szczerze, że moje  niezbyt entuzjastyczne podejście ma zapewne przyczynę w moim dzieciństwie, gdzie bez euforii wspominam moje pierwsze lata przedszkola akurat, bo żłobek i tak mnie ominął.
Ostatnio wiecznie trafiam na zachwycone opinie mam, które uważają wczesną opiekę nad dzieckiem za wspaniały pomysł. Wychwalają ile dziecko może się nauczyć i tak na prawdę temat trudnej adaptacji to jeden wielki mit. I tu zmierzam do sedna chcąc obalić teorię, że dziecko się łatwo przyzwyczaja, a problem aklimatyzacji dotyczy w głównej mierze psychiki rodziców niż samego dziecka, które z założenia może na początku płakać.
Otóż, o ile jak wspomniałam starszy urwis miał 4,5 roku i bez problemów przebiegło jego pójście do przedszkola, o tyle młodszego, który skończył w lipcu 3 lata postanowiłam wysłać teraz. Moja decyzja nie wynikała jednak z faktu że młodemu chcaiłam narzucić trochę dyscypliny, żeby nauczył się trochę społecznej pokory, bo na razie mały z niego zuchwalec. Oczywiście wiem, że trzy lata to naturalny wiek na pójście do przedszkola, ale mimo, że dziecko jest już rozumne i wie, że mama niedługo przyjdzie, wcale nie znaczy, że chętnie w nim zostanie. Mało tego płacz przy rozstaniu i przez 15 minut po nim to jedno, a przez całe 1,5 godziny to już zupełnie inna sprawa. Niestety pogląd, że jak dziecko płacze, to znaczy że dobrze spełniamy swoją rolę jako rodzic, że dziecko nie chce się z nami rozstać też mnie nie przekonuje. Mało tego, uważam, że trzeba mieć stalowe nerwy i być mega odpornym kiedy maluch chowa się pod stół z płaczem, że nie chce iść, po drodze wierzga i wrzeszczy w niebogłosy "mamusiu nie zostawiaj mnie",  trzyma kurczowo, jak prowadzone na rzeź. Niestety moja psychika siada w takich chwilach... Mocno zazdroszczę mamom, których dzieci chętnie się z nimi rozstawały, a w drodze powrotnej śpiewały piosenki, których się uczyły. Pewnie rzeczywiście problem ma matka, która przeżywa płacz i rozpacz dziecka. Ale czy dziecko go nie ma, jeżeli tęskni i płacze? Chcemy, żeby dzieci były z nami związane,a jednocześnie dążymy, niejednokrotnie brutalnie, do separacji i przyspieszonego dojrzewania. Oczywiście proces naszej próby przekonywania się do przedszkola będzie trwał, ale i tak nie będę w stanie wzruszyć na to ramionami, jeśli moje dziecko będzie płakać. Ja z uśmiechem go odprowadzę, przekonując że się będzie świetnie bawił, ale kiedy wyjdę, też będę płakać, pełna wątpliwości czy może za kilka miesięcy poszłoby gładko...
Czytaj dalej...

NIE RÓB Z DZIECKA BIERNEGO PALACZA

nie pal przy dziecku

Nie lubię krytyki. I nie chodzi mi o krytykę skierowaną do mnie, ale w ogóle.  Jeśli nie ma konkretnego powodu, nie ma sensu strzępić języka, a jeśli powód jest, ale błahy, to też szkoda zawracać sobie i innym nim głowę. Podobnie nie lubię postów, które krytykują zwłaszcza innych i ich zachowania. Moje podwórko, moja sprawa i już. A na rodzicielską krytykę podszytą rzekomo dobrymi radami jestem wręcz uczulona. Nie będzie to też post na modny ostatnio temat dziecięcych gołych pup, czy sikania w miejscach publicznych. A na obronę naszych rodaków dodam będąc świeżo po wakacjach za granicą, gdzie pełno maluchów z gołymi tyłkami i zarazem pełno Polaków, że żaden małoletni golas nie mówił po polsku. 
Ot dygresja taka...  a przechodząc do sedna. Sytuacja taka:

Idzie matka, pali papierosa. Obok niej biegnie kilku latek, 5, może 6 lat. Nagle odskakuje, krzyczy "mamo, oparzyłaś mnie!" i zaczyna płakać. Matka na to "to uważaj, jak idziesz".

Sytuacja skrajna, nie ma co, ale idący rodzic z dzieckiem w jednej ręce trzymający zapalonego papierosa, a drugą trzymający dziecko lub pchający wózek to jeden z naprawdę nie wielu rażących mnie widoków. Widok szalenie częsty za równo w przypadku rodziców, jak i dziadków, czego nie mogę pojąć, ani zrozumieć. I o ile właśnie krytyka innych rodziców mnie denerwuje, to taki widok działa na mnie fatalnie. Bo przecież to, że w domu przy dziecku nie zapalisz, tylko wyjdziesz do okna lub na balkon, to nie znaczy, że dbasz o jego zdrowie, jeśli na spacerze bezczelnie kopcisz koło niego dmuchając mu prawie w twarz! Podobnie nie rozumiem zwyczaju palenia na placach zabaw i (o zgrozo!) przy piaskowniach, albo przy furtce do nich. 

 Kiedyś było normą, że paliło się w domach przy dzieciach i nikt się tym nie oburzał. Sama pamiętam śmierdzące dymem zeszyty moich koleżanek ze szkoły, u których w domu wszyscy palili. Albo stwierdzenie, że "w pokoju u dzieci się nie pali" rozwala mnie na łopatki, to co, znaczy, że paląc w drugim nie śmierdzi całe 40 metrowe mieszkanie?! Dziś niby jest świadomość biernego palenia, ale czy na pewno?

Czy Ty mamo/tato/babciu/dziadku, którzy idziecie z dzieckiem paląc, uważacie, że ono tego nie wdycha? Po co w ogóle wychodzić na powietrze, jeżeli ma być z założenia zatrute? Nie znoszę, kiedy idę z dziećmi, a przede mną idzie ktoś palący, a moje dzieci wdychają cały smród. Tym bardziej nie rozumiem, jak możesz pchać wózek jedną ręką i palić.

Po sąsiedzku mam młode małżeństwo, z małym dzieckiem. Większość ciąży, która przypadła na miesiące wiosenno- letnie spędzali na balkonie. On palił. Ona z brzuchem pod nosem siedziała grzecznie obok. Może jej to nie przeszkadzało, ale dziecko powiedzieć nie potrafiło, że jemu to niekoniecznie pasuje. Trudno się potem dziwić, że pół roczny bobas ląduje w szpitalu na pierwsze zapalenie płuc. Jasne, że to nie musi być przyczyną, ale nie od dziś wiadomo, że dzieci z domów, w których się pali są mniej odporne, a rodzice już dawkę nikotyny mu zapewnili od zarodka. I co z tego, że matka nie paliła?

Dbasz o dziecko, nie dajesz mu słodyczy, glutenu, fast foodów, coli i gotowców z baru mlecznego, a przed spaniem karzesz mu myć zęby. To dlaczego w tak trywialny i bezmyślny sposób mu szkodzisz?
I mam gdzieś czy palisz, to nie jest reklama nicorette, ale nie musisz tego robić przy dziecku
Niepalenie w otoczeniu dziecka to nie nadmierna troska i przewrażliwienie. To obowiązek. To oznaka szacunku dla Twojego dziecka/ wnuka i wyraz miłości do niego. 

Czytaj dalej...

JAK ZAPLANOWAĆ WAKACJE Z DZIECKIEM ZA GRANICĄ

wakacje za granica z dziecmi


Mimo, że dla wielu jest to normą, ja długo się zbierałam, by dać się namówić na tak odległy wyjazd. Dlatego nasz pierwszy taki wyjazd ma miejsce, kiedy moj starszy syn ma ponad 6 lat, a nie 6 miesięcy. Byłam pełna obaw, jak urwisy zniosą podróż, czy nie przytrafi się coś nieprzewidzianego, czy będą zadowoleni, co zabrać ze sobą...? Teraz stwierdzam, że przygotowałam się dosyć dobrze, a mimo to nie mogłam wykluczyć kilku zdarzeń. Po prostu nie da się wszystkiego przewidzieć, ale mimo to warto przed takim wyjazdem trochę zaplanować. Moje wyjazdy nauczyły mnie kilku rzeczy, którymi podzielę się z Tobą.

#1 DROGA
W pierwszej kolejności polecam przemyśleć środek transportu. Jeśli na przykład Twoje dziecko choruje w samochodzie, możesz za pewniak uznać, że w samolocie będzie tylko gorzej. Jeśli zakładasz, że dobrze zniesie lot, zapewnij mu rozrywkę, żeby się nie nudziło, no chyba że podróż jest w nocy, to zadbaj o to, żeby było mu ciepło.
Mimo, że moje dzieci nie cierpią na chorobę lokomocyjną (odpukać, ja niestety wiem coś o tym!), miałam spore obawy przed lotem. Nie wiedziałam jak się będą czuli i czy zmiana ciśnienia nie spowoduje problemów z uszami. Podobno dzieci, które dosyć często cierpią na zapalenia uszu, mogą mieć spory problem w trakcie lotu i po. Tuż przed naszym wylotem usłyszałam kilka strasznych historii, o bolącym długo po locie uchu, o pęknięciu błony itp. Zaopatrzyliśmy się nawet w słuchawki wygłuszające, oczywiście gumy i lizaki to standard na lot. Na szczęście żądna z moich obaw się nie sprawdziła. Przynajmniej w przypadku dzieci, bo to ja lot przespałam w owych słuchawkach, ciężko znosząc drogę. Tak, śmiechu warte, że matka choruje w samolocie i boi się latać, a nie dzieci...

#2 LISTA
Zrób listę rzeczy, które musisz zabrać. Zabierz się za to wcześniej, nie dwa dni przed wylotem i systematycznie dopisuj do niej KAŻDY drobiazg, który przyjdzie Ci do głowy, także ten dla Ciebie, a nie tylko dzieci. Nawet najdrobniejszy i taki, który uważasz za oczywisty jak wsuwka do włosów, szczoteczka do zębów, czy para majtek. Tak, dobrze czytasz, jak parę lat temu jechaliśmy na wakacje to tak zadbałam o swoje dziecko, że sama pojechałam w jednych majtkach, które miałam na sobie... Bez komentarza.

#3 APTECZKA
Wszystkie potrzebne rzeczy do apteczki też zapisuj na liście. I na prawdę weź pod uwagę wszystko, co może Ci być potrzebne, biorąc pod uwagę, nawet najczarniejszy scenariusz. Nie wiesz, jakie leki są za granicą w aptekach, więc lepiej nie liczyć na ich zakup. Warto wziąć wszystko, co dziecku może być potrzebne, od leku na gorączkę, a kroplach do oczu skończywszy. Warto pamiętać o czymś na biegunkę, ale także na zaparcie. 
Mimo, że wydawało mi się, że jestem przygotowana na wszystko, żałowałam, że nie wzięłam elektrolitów w postaci jaką lubią moje dzieci, a niestety rozpuszczonego proszku nie lubią. Dlaczego elektrolity? Dwa dni pobytu, a starszy urwis wymiotuje całą noc bliżej, niż dalej... Skończyło się szpitalem i na szczęście strachem, ale takich wrażeń nie polecam. 
Kolejny problem to wypróżnianie, a niestety zmiana pożywienia i niekiedy przyziemnej rzeczy jak toaleta, mają duże znaczenie i warto pomyśleć o czymś, co może dziecku pomóc. Niestety, bardziej obawiałam się biegunki i na taką ewentualność miałam mały wybór leków i skończyło się na kupieniu czopków glicerynowych. Na szczęście dali sobie zaaplikować, ale jeśli miałabym się pakować kolejny raz wzięłabym więcej saszetek Dicopegu, który pomaga w takich sytuacjach.

#4 OCZY WOKÓŁ GŁOWY
Mając dzieci wiesz pewnie, że wakacje z nimi to niekoniecznie super wypoczynek. Nie możesz sobie bezkarnie leżeć przy basenie, popijając beztrosko drinka z palemką. No chyba, że masz starsze dziecko, które chętnie zostanie pod opieką animatora, a Ty masz czas dla siebie. Inaczej musisz ciągle być czujna i w pogotowiu. Przy kąpieli w basenie, spacerze po mieście, jedzeniu na przykład ryby, czy zabawie na plaży, a i tak może Cię spotkać coś nieoczekiwanego. Młodszy na odmianę urwis, podczas zabawy na plaży staną na pszczole. Co było dalej, można się domyśleć, a efekt był taki, że znów zahaczyliśmy o grecką służbę zdrowia. Na szczęście młody nie jest uczulony...

#5 WRZUĆ NA LUZ
Nie pozostaje Ci nic innego, jak przestać się przejmować i martwić na zapas. I tak wszystkiego nie przewidzisz, a tylko możesz zepsuć sobie wakacje. Żeby poczuć się pewniej, weź ze sobą Persen i rozmówki, jeśli masz zaległości w angielskim, zwłaszcza te dotyczące różnych dolegliwości. Akurat o żadnej z tych rzeczy nie pomyślałam, a byłoby warto. Ja w każdym razie odpoczywam po wakacyjnym stresie i następnym razem, gdziekolwiek nie pojadę, mam nadzieję mniej rzeczy mnie zaskoczy.
Na samym końcu. kiedy już na wyrost martwiłam się czy coś jeszcze może się przytrafić i w dodatku już zaczynał dopadać mnie stres przed kolejnym lotem, usłyszałam od mojego 6 latka "mamo, a czemu ty tutaj w ogóle nie jesteś uśmiechnięta?". Dało mi to do myślenia, że zapomniałam spakować więcej dystansu, chociaż z dziećmi łatwe to nie jest...

Czytaj dalej...

5 POWODÓW DLACZEGO NIE WARTO BRAĆ DZIECI NA WESELE

czy isc z dziecmi na wesele

Przyznam się bez bicia. Jako panna młoda wcale nie byłam zachwycona perspektywą dzieci na swoim ślubie, ani na weselu. Tak, wiem jak to brzmi w ustach matki dwójki dzieci, ale taka jest prawda. Oczywiście, wtedy dzieci nie miałam, ba, nawet o ich mieniu na poważnie nie myślałam, ale nadal wychodzę z założenia, że dzieci na weselu nie są konieczne i niezbędne.
Co prawda dziś mój poziom tolerancji w ogólnym stosunku do dzieci (nie tylko moich) wzrósł z jakiś 10 do 110 %. Nie wiele mnie jest wstanie zaskoczyć, czy zdenerwować i dzieci na weselu mi nie przeszkadzają, a nawet rozumiem konieczność wzięcia dziecka i sama bym tak postąpiła. W końcu nie każdy ma z kim je zostawić, jeśli wesele jest daleko nie chce się z nim na dłużej rozstawać, albo ślub jest w najbliższej rodzinie i dziecko jest blisko związane z parą młodą. I o ile z jednym dzieckiem, dzisiaj każde wyjście wydaje mi się bezproblemowe, łatwe i przyjemne, o tyle z dwójką to już nie przelewki, zwłaszcza że moje dzieci są jednak na tyle żywe, że taka wyprawa z nimi to niesamowita lekcja cierpliwości i wytrzymałości (fizycznej i psychicznej) i odpuszczam sobie tą wątpliwą przyjemność, zwłaszcza że impreza dotyczy znajomych i odbywa się 10 km od nas.  Dzieciom przez jeden wieczór nic się nie stanie, a matka zaliczy jakieś wyjście z mężem, a bez dzieci, pierwsze od... o kurczę nie wiem kiedy. Święto na całego, nic tylko szampana otwierać i fajerwerki puszczać;) 


#1
Musza być na prawdę wyjątkowe dzieci, żeby w kościele grzecznie całą mszę wysiedziały. Standardowo są to biegi po kościele, sprawdzanie i testowanie akustyki, albo spacerki przed, jeśli pogoda dopisuje. Pół biedy jeśli wszystko odbywa się o cichu, bez pisków i krzyków, bo na prawdę mało fajne jak zawyje syrena w postaci dziecka w trakcie składania przysięgi małżeńskiej. Chyba żadna panna młoda nie miałaby na to ochoty.

#2
Wesele to ustawicznie pilnowanie plączących się pod nogami tańczących gości dzieci, które poza wkraczaniem na parkiet, lubią ganiać między stolikami. Pół biedy, jeśli nie mają w zwyczaju podjadania z cudzych talerzy i picia ze szklanek (bądź kieliszków). Cóż, a tacy co przyszli potańczyć będą średnio zadowoleni, musząc uważnie patrzeć wokół. Raczej mało popularne są animacje i rozrywki przygotowane specjalnie dla dzieci, chyba że się trafi jakaś potencjalna niania gromadząca towarzystwo wokół swojej osoby i organizując mu rozrywkę i odciążając tym samym rodziców.

#3
Kolejna sprawa to pilnowanie, żeby dziecko nie oddaliło się za daleko, nie wyszło i nie poszło sobie zupełnie nie zauważone przez innych gości. Byliśmy rok temu, co prawda na poprawinach, ale teren wokół sali nie był specjalnie zabezpieczony, dzieci goniły wokół, a tuż obok była rzeka, a z drugiej strony ruchliwa droga. Można się domyślić, że w kółko lataliśmy za młodym który gonił z dziećmi i go szukaliśmy, bo wiecznie znikał z oczu. Sama przyjemność latać po grząskiej trawie na szpilkach. Nie polecam.

#4
W zasadzie kumulacją i wnioskiem wcześniejszych punktów jest fakt, że rodzice idący z dziećmi, nie idą na takie wesele się pobawić, potańczyć, jeść, pić, rozmawiać, plotkować czy obgadywać towarzystwo (co kto woli). Nadrzędnym celem takiego wesela jest pilnowanie dzieci, by nie zginęły, nie przeszkadzały, nie narobiły wstydu itd. No chyba, ze mamy do czynienia ze szczególnie grzecznymi przypadkami, wtedy nam nic nie straszne. 

#5
Zarwana nocka przez maluchy to średni pomysł. W prawdzie przypadki są różne, bo byłam na weselu, gdzie dziecko poszło spać o 21 i w wózku przy dźwiękach orkiestry spało w najlepsze, ale są dzieci, które spać nie pójdą, a rozreguluje je to całkowicie.  Jasne, ślub jest raz, ale czy warto się stresować, jeśli nie trzeba?
Czytaj dalej...

WOLNY WIECZÓR MATKI

moje dziecko chodzi pozno spac

Stwierdzam, że moje oczekiwania i potrzeby są szalenie prozaiczne, dla niektórych tak oczywiste, że aż śmieszne. Ale tak już jest, że to co jednym przychodzi naturalnie i bez problemów, dla innych stanowi nie lada wyzwanie. 
I tak właśnie marzy mi się wolny, spokojny wieczór, kiedy to mogłabym się zastanowić jak go spędzić i co ze sobą zrobić. Pisząc wolny wieczór mam na myśli powiedzmy od godziny około 21 i wcale nie chodzi mi o "wychodny " wieczór poza domem. Wystarczyłoby, że dzieci spokojnie śpią,a  ja lub my możemy w spokoju pogadać, poczytać, oglądnąć film, bezmyślnie pogapić się w telewizor albo nawet obejrzeć mecz. Czy ja na prawdę napisałam "mecz"?! Jeśli tak, to już nie źle jestem zdesperowana... 

Niestety, moje dzieci nie należą do tych, co lubią rodzicom zapewnić wolny wieczór. Przed 22 to się nie zdarza, żeby grzeczniutko ululane spały, a zazwyczaj jest to w okolicach 23...Katastrofa, kto to widział. żeby dzieci chodziły tak późno spać. Nie ma co, są to klasyczne sowy, które spać nie pójdą o normalnej porze, a rano do przedszkola wstać nie mogą. No chyba, że jest akurat sobota, to wtedy jakoś mogą... Nie działa nic, ani wyciszanie, ani wymęczanie, dopóki nie przyjdzie ich pora, to os spaniu mowy nie ma. Na swoją obronę powiem, że sama w dzieciństwie miałam podobnie, problem z zasypianiem, a potem rano była tragedia ze wstawaniem. Z resztą po dziś dzień wczesne wstawanie nie jest mocną stroną...

Ale ostatnio sytuacja zaskoczyła mnie niezmiernie. Już byłam przekonana, że sytuacja ulega poprawie, nastąpił jakiś przełom, cud, albo przynajmniej kochane dziecię chciało zrobić matce przyjemność. Godzina 20.15 moje młodsze dziecię śpi wykończone. Nie zapominajmy jednak, że jeszcze jest drugie, które średnie nie poprawia, więc 22.30 i dopiero można mówić, że wieczór jest "wolny". Jednak płonne me nadzieje się okazały, bo o to godzina 23 i moje śpiące od trzech godzin stworzenie postanawia wstać wyspane... 

Mój "wolny" wieczór (gwoli wyjaśnienia czyli między 22.30, a 23) zatem właśnie dobiegł końca. Szczęśliwy uśmiech, przypływ czułości i nieopisana radość mego dziecięcia wynagradza wszystko. Nawet nie mogę powiedzieć, że czuję się głęboko zawiedziona. Po prostu nadal czekam na swój wolny wieczór przed 22, a nie przed... 1 :)

Czytaj dalej...

PRZEGLĄD UBRANEK NA LATO, CZYLI CO WARTO KUPIĆ NA NADCHODZĄCY SEZON



przeglad ubranek dla dzieci na lato


W prawdzie lata jeszcze nie mamy, co niestety pogoda i temperatury skutecznie potwierdzają, ale na pewno nas w końcu zaskoczy. Mam nadzieję, że już niedługo, dlatego dziś przegląd ubranek na lato dla chłopców i dziewczynek w wieku od 2- 7 lat, czyli od jakiś 92 cm do 128 cm. Wzięłam na tapetę 5-10-15, znaną polską markę, którą pewnie każdy zna Jest tu spory wybór fajnych ciuszków dla smyków, a w dodatku fajne promocje, chociaż sezonu na nie jeszcze nie ma, więc warto się w coś zaopatrzyć zawczasu. Kupujecie, lubicie?

co warto kupic w 5 10 15
5-10-15
1. 52,49 zł,  2. 44,99 zł,  3. 48,74 zł,  4. 52,49 zł,  5. 48,74 zł,  6. 26,24 zł


przeglad ubranek na lato w 5 10 15


1. 22,49 zł,  2. 22,49 zł,  3. 24,99 zł,  4. 19,99 zł,  5. 22,49 zł
 6. 24,99 zł,  7. 26,24 zł,  8. 24,74 zł, 9. 24,74 zł



przeglad ubranek w 5-10-15


1. 19,99 zł,  2. 22,49 zł,  3. 29,99 zł,  4. 34,99 zł,  5. 29,99 zł,  6. 34,99 zł




przeglad ubranek na lato w 5-10-15

1.  67,49 zł,  2. 24,74 zł,  3. 26,99 zł,  4. 24,74 zł,  5. 33,74 zł,  6. 29,99 zł
Czytaj dalej...

JAK WZMACNIAĆ POCZUCIE WARTOŚCI U DZIECKA

chwalic czy nie chwalic

Ostatnio spotkałam się z nowym, przynajmniej dla mnie poglądem, że dziecka nie powinno się chwalić. Przekaz tej filozofii jest w sumie jasny i czytelny. Im częściej chwalisz dziecko, tym więcej i częściej ono tych pochwał oczekuje. I właśnie chęć kolejnych pochwał, z czasem staje się jego jedyną motywacją. Czyli generalnie chodzi o to, że jeśli zaczniesz chwalić dziecko, to w efekcie będziesz musiała je chwalić na okrągło, za każdą bzdurę, każdy drobiazg, a wręcz obowiązek. Pochwała, której oczekuje, będzie jego głównym motorem napędowym, a gdy tej pochwały nie usłyszy, straci całą chęć do działania i cały zapał do czegokolwiek.

Czy rzeczywiście tak jest? Wcześniej w ogóle nie miałam pojęcia o takiej teorii, filozofii, sposobie wychowania, podejściu do dziecka. Właściwie nie wiem jak to określić, ale zaczęłam się zastanawiać czy taki pogląd jest słuszny, a nawet przy badaniu gotowości szkolnej mojego sześciolatka u psychologa dziecięcego, weryfikowałam swój pogląd w tej kwestii.  Co prawda nie sposób mu odmówić pewnej logiki. w końcu normalna kolej rzeczy, człowiek ma w naturze, że chce więcej, a już tym bardziej dziecko, które z założenia nie zna czegoś takiego jak umiar. Więcej zabawek, więcej cukierków, więcej lodów, więcej czasu na placu zabaw, albo do zabawy przed spaniem... Dorośli nie są wcale lepsi. Chcemy więcej, mamy jedno chcemy drugie, większe mieszkanie, lepszy samochód, więcej pieniędzy, lepszą pracę, kolejne dziecko, kolejną parę butów, nową kuchnię, lepszy telewizor... I o ile w przypadku dzieci ilość tych chciejstw jest ograniczona, to w przypadku dorosłych chyba nie ma końca i śmiem twierdzić, że to my jesteśmy bardziej zachłanni, niż dzieci.

Chwalone dziecko domaga się pochwał. Czy jest coś w tym złego? Czy to jest dla niego źle, a może wymaga od nas, jako rodziców zbyt dużego wysiłku? Przecież każdy lubi czuć się doceniany i ważny, tym bardziej dziecko ma do tego prawo.
Jasne, możesz powiedzieć, że skoro pochwały stają się jego jedyną motywacją, to że co? W szkole się będzie uczył dla Twoich pochwał, a nie dla siebie? Swojego pokoju nie posprząta ot tak, dla siebie, tylko żeby zostać pochwalonym?
A nie jest tak czasem? Nie oszukujmy się, zanim młody człowiek zrozumie, że uczy się wyłącznie dla siebie i liczy się nie tylko efekt końcowy w postaci oceny, tylko zdobywanie wiedzy, to ma inne motywacje. Uczy się dla ocen, uznania nauczyciela, rodziców, a nawet nie raz dla wyższego kieszonkowego, albo nowego wymarzonego gadżetu albo zabawki. To czy nie może uczyć się także dla pochwał rodziców?
Przecież oceny w szkole to też forma pochwały, a gdy dostajesz lepszą jesteś doceniony i pochwalony. I gdy w przypadku gorszej oceny, czasem niesprawiedliwej, dziecko może ten zapał stracić, to czy pochwała rodzica za wniesiony w naukę trud i wkład pracy, nie jest pomocna, żeby nie powiedzieć konieczna? Dziecko wtedy wie, że Ty je doceniasz, a przecież Twoja opinia ma być dla niego najważniejsza.

Chwalisz swoje dziecko? Wzmacniasz jego poczucie wartości. Jest to niesłychanie ważne w przypadku dzieci nieśmiałych, niepewnych siebie. Takim, którym pochwały są niezbędne dla zdobycia własnego poczucia wartości, które jest niezbędne w życiu. 

Nikt Cię nigdy nie doceni, jeśli nie docenisz sam siebie.

A żeby nauczyć się doceniać sam siebie, najpierw musisz być doceniany przez rodziców.
Oczywiście podstawową rzeczą jest charakter, wiele zależy od niego i to do osobowości dziecka należy dopasować swój sposób chwalenia go. Niektórzy rodzą pewni siebie i przebojowi, a inni muszą nad tym pracować. I właśnie ta praca zaczyna się od wczesnego dzieciństwa i zależy w znacznej mierze od rodziców. Chwalisz swoje dziecko? Wychowujesz go na człowieka, który czując się docenianym, będzie bardziej wierzył w siebie i swoje możliwości, a to jest gwarancją sukcesu w życiu. Nie chodzi oczywiście o to, żeby wyrósł na zarozumiałego bufona, któremu wszystko się należy, ale na człowieka świadomego i dążącego do samorozwoju, a nie zakompleksionego, umniejszającego swoje możliwości i pozbawionego wiary w siebie.

Twoje dziecko lubi być chwalone? A kto nie lubi? Chwal go, niech wie, że go doceniasz, korzystaj z tego póki Twoja opinia, a nie rówieśników jest dla niego najważniejsza. Na pewno zaprocentuje to w przyszłości.

Chwalicie swoje dzieci czy uważacie, że za oczywistości nie warto? Czy pierwsze kroczki, pierwsze koślawo narysowane kółko, ułożona wieża z klocków czy samodzielny zjazd ze zjeżdżalni wymagają pochwał? A może należy je przyjmować jako coś naturalnego, co i tak dziecko zrobi i lepiej nie nadużywać radosnego "ślicznie, piękne, super, udało ci się"?
Czytaj dalej...

SZTUKA KORZYSTANIA Z NOCNIKA

jak i kiedy nauczyc dziecko korzystania z nocnika

Mając 7 miesięcy zaczął sikać do nocnika
Odkąd skończyła 1,5 roku woła, że chce sikać
W tydzień go odpieluchowałam
Od razu załapała jak korzystać z nocnika


Pewnie nie raz słyszałaś podobne teksty. Nauka korzystania z nocnika stanowi dla rodziców kolejny punkt, w którym mogą się ścigać z innymi rodzicami. Siadanie, chodzenie, gaworzenie, pierwsze słówka, ząbki i w końcu nocnik... Istne zawody ambitnych rodziców, których dziecko powinno być pierwsze we wszystkim. Najpierw są to funkcje życiowe, a później się to przeradza w kolejne talenta, zdobywanie kolejnych sprawności i życiowych (a czasem nieżyciowych) umiejętności, by dzielnie stymulować rozwój swojego nadzdolnego dziecka.

Ale tak serio. O ile wiadomo, że siadanie, chodzenie, ząbkowanie itp. nie są zależne od rodziców, tylko stanowią indywidualny tok rozwoju ich dziecka, o tyle  korzystanie z nocnika nie jest już takie oczywiste. Bo nasuwa się tu podstawowe pytanie: 

Czy im wcześniej zaczniemy dziecko sadzać na nocniku, to tym szybciej się nauczy z niego korzystać?


Odpowiedź jest prosta i jednoznaczna, a w dodatku taka, jak na większość wątpliwości dotyczących problemów rodzicielskich.

Każde dziecko jest inne...

...i każde rozwija się inaczej, w swoim własnym tempie. 

Jednak co do nocnika. Korzystanie z tego sprzętu to jedno, a świadome sygnalizowanie potrzeb fizjologicznych, to druga całkiem inna sprawa.
Istnieją dwie zasadnicze szkoły co do odpieluchowywania.

Pierwsza: wysadzać dziecko na nocnik najszybciej jak się da, najlepiej nie długo po tym, jak zacznie samo siadać. 
Druga: znajomość z nocnikiem rozpocząć nie wcześniej niż 1,5 rocznego dziecka, czyli kiedy będzie świadome jak połączyć fakt, że chce mu się siku, z tym, że ma usiąść na nocniku i tam zrobić.

Której drogi nie wybierzesz jest jeszcze jedna słuszna rada:
najlepiej próbować latem
Co oczywiście nie znaczy, że inna pora roku odpada, po prostu latem jest łatwiej, mniej przebierania, mniej ubierania, wszystko szybciej schnie, a dziecku nie grozi katar.

Jak się można domyślić, jestem zwolenniczką drugiej metody. Oczywiście, jeśli się posadzi 8-miesięcznego malucha na nocniku, pewnie się tam wysika i można wychodzić z założenia, że się nauczył korzystać. Dla mnie bardziej przekonującym argumentem jest fakt, że jeśli rozebranego malucha posadzi się na chłodnym nocniku, jest normalną rzeczą, że jeśli nie sikał 5 minut wcześniej, to najprawdopodobniej to zrobi. Co nie znaczy, że będzie wiedział czemu to zrobił i że właśnie tak trzeba. 
Zwolennicy tej metody powiedzą pewnie, że kiedyś się tak dzieci sadzało, szybciej się sikać uczyły, a dzisiejsze pieluchy jednorazowe umożliwiają leniwym rodzicom nie spieszyć się z nauką sikania.
Faktycznie, kiedyś sadzało się wcześniej. Sadzało się, żeby nie prać tyle pieluch i ubrań. Faktycznie pampersy ułatwiają sprawę, bo nie musisz przebierać całego dziecka. Może się wydawać, że przez to, że założysz dziecku tetrówkę, nauczysz dziecko szybciej sikać do nocnika. Dziecko tetrówkę zasika i zacznie marudzić, że ma mokro (przynajmniej powinno zacząć marudzić, bo inne będzie to miało głęboko w siedzeniu). I to jest efekt, ale czy przez to dziecko się szybciej nauczy kontaktować i łączyć porzebę sikania z nocnikiem? Chyba niekoniecznie, a tym bardziej nie, mając na przykład te 8 miesięcy.

Do nauki korzystania z nocnika potrzeba:

1. CIERPLIWOŚCI
2. CIERPLIWOŚCI
3. CIERPLIWOŚCI
4. Ciuchów na częste zmiany
5. Ścierek do wycierania
6. Wiary, że w końcu się nauczy
7. CIERPLIWOŚCI
8. CIERPLIWOŚCI
9. CIERPLIWOŚCI

Mając dwóch Urwisów, mam skrajnie różne doświadczenia w tym temacie. Nocnik u nas pojawił się wcześnie, bo gdzieś koło roczku Urwisa. Na początku się z nim oswajał i wcale nie był sadzany. Pierwsze próby sadzania były później, ale bezowocne, bo młody siedzieć nie chciał, nie mówiąc o sikaniu. Potem nawet jak usiadł, to potrafił wstać i nasikać obok, a nocnik w wieku 1,5 roku czy 2 lat służył jako pojemnik do pakowania klocków, a nie do załatwiania. Ponieważ Urwis urodził się zimą, a nie wykazywał zainteresowania zrezygnowania z pieluchy, postanowiliśmy zaczekać, aż zrobi się ciepło. I tak mając 2,5 roku zaczęliśmy się odpieluchowywać z grubej rury, już na całego, mimo że chęci nadal były mizerne. Jak to zrobiłam?
Przestałam ubierać mu pieluchę. I rozczaruję Cię, ale  to wcale wiele nie pomogło, ale się zawzięłam. Po prostu już zaczęłam ulegać presji, że tyle dzieci już pieluchy nie nosi i woła, a my nie. Przysłowiowym gwoździem do trumny było, kiedy 22 miesięczna dziewczynka pięknie wołała siku, a mnie aż głupio było, że mój starszy 8 miesięcy Urwis nie. Tak, dzisiaj bym się nie przejęła i nie zrobiłoby to na mnie wrażenia, ale wtedy jeszcze się przejmowałam porównując moje dziecko z innymi. Tak czy owak uparłam się i pieluchy nie ubierałam. W domu non stop wszystko ścierałam (łóżka, podłogi i dywany), prałam i suszyłam, a na spacer nosiłam po kilka kompletów ciuchów. Innego wyjścia nie było, a że było lato, więc nie było problemu (i tu dowód na to, że latem jest łatwiej). Doszło do tego, że młody ze łzami w oczach szedł do mnie, kiedy się kolejny raz zsikał, ale ani na nocnik. ani do wołania czy jakiegokolwiek sygnalizowania się wcale nie kwapił. W efekcie trwało to przeszło dwa miesiące, dopiero wtedy się nauczył. Nie skłamię, jeśli przyznam, że przez długi czas uważałam to za największe wyzwanie wychowawcze...

Z Urwisem drugim było zupełnie inaczej. W zasadzie był to przypadek mało wart uwagi, bo poszło całkowicie bezboleśnie. Postępowałam podobnie, to znaczy, że nocnik był, ale go nie zmuszałam do próbowania, ani siadania, a on wcale nie chciał. Przed drugimi urodzinami zaczęliśmy naukę sikania, co ciekawe prosto do toalety i poszło gładko, bo faktycznie w dwa tygodnie się nauczył i nie było problemu. Czy był bardziej dojrzały i gotowy do odpieluchowania? Na pewno tak, bo od razu sygnalizował, że chce siku, ale nie bez znaczenia jest tu rola starszego brata, bo widząc, że brat sika do toalety, on nie chciał być gorszy. W końcu nie bez powodu mówi się, że młodsze rodzeństwo uczy się od starszego. I chyba na prawdę tak jest. A Wy jakie macie doświadczenia w tej kwestii?
Czytaj dalej...

NIEJADEK? CZY TWOJE DZIECKO FAKTYCZNIE NIM JEST?

jak radzic sobie z niejadkiem

Uważasz, że Twoje dziecko mało je? Zdarza Ci się nazywać je niejadkiem?
Słyszysz od znajomych jak to ich jeszcze młodsze od Twojego dużo je, że dwoje, albo więcej takich jak Twoje by się najadło? Miska kaszki na śniadanie zagryziona dwoma kromkami chleba z twarożkiem i pomidorem, na obiad podwójna porcja zupki, do tego pół brokuła, dwie marchewki i trzy ziemniaki z pulpetem, a na kolację trzy parówki z bułką, albo dwa omlety z groszkiem. To taki wymarzony scenariusz, że dwu lub trzy latek może tyle zjeść, co nie znaczy, że każdy tyle, albo nawet połowę z tego zje.
Rodzice dzieci, które jedzą w miarę normalnie, nigdy nie zrozumieją czym jest posiadanie w domu niejadka. Przez w miarę normalnie nie mam oczywiście na myśli podanego wyżej schematu menu. Dla mnie "w miarę" normalnie je dziecko, które czasem grymasi, czasem trzeba ugotować to co na pewno lubi, czasem trzeba go przekonać do zjedzenia, ale w gruncie rzeczy zje. Może nie dwa pełne dania obiadowe, może nie bardzo dużo, ale zje. Zje w ogóle cokolwiek...
Brzmi strasznie, ale jako matka rasowego niejadka właśnie takie mam zdanie.

Koleżanka się skarżyła niedawno, że jej córka, która jest trzy miesiące młodsza od mojego młodszego urwisa jest niejadkiem. Pytam się jej zatem ile je.
"No więc na śniadanie zje dwie kromki chleba raptem, na obiad zupę całą, czasem coś ode mnie dziubnie, potem jakiś banan, albo lubiś. Soczkiem to popije, w międzyczasie paluszki, a na kolację potrafi zjeść bułkę i na przykład dosyć spory kawałek kiełbaski, albo pomidora".
Jak jej powiedziałam ile je moje dziecko, to od tej pory już nie mówi na swoją córeczkę, że mało je...

Kochani, dziecko, które tyle w wieku 2 lat tyle zjada, nie jest żadnym niejadkiem!
Jeśli też tak myślałaś, to nie masz racji. Masz dziecko, które normalnie je, nawet jeśli ma zachcianki lub stroi na coś fochy, to ono je i to z całkiem dobrym apetytem. Nie mierz malucha swoją miarą. Dziecko ma żołądek wielkości swojej piąstki, więc wcale nie musi zjeść tyle co Ty. Nie każde dziecko, które nie ma słodkich niemowlęcych wałeczków jest niedożywione. Nie ma po co szukać problemu tam, gdzie go nie ma. Jeśli Twoje dziecko je, a przy tym rośnie i rozwija się prawidłowo, nie szukaj dziury w całym.

Mając dwójkę dzieci, mam jako takie porównanie również w temacie jedzenia (i niejedzenia). O ile mój starszy urwis był "jadkiem", dzieckiem, które mimo, że miał swoje fanaberie, raz lubił to, by po jakimś czasie tego nie tknąć, a zajadać się czymś zupełnie innym, to jednak jadł i nigdy nie musiałam na narzekać na jego brak apetytu, o tyle z młodszym był już kłopot. I to kłopot nie taki, że jadł mało w porównaniu do brata, tylko on by w ogóle nie jadł. I to całkiem dosłownie. Podobno kolejne dzieci jedzą lepiej, bo patrzą na rodzeństwo, jak widać nie zawsze... Od kiedy zaczęłam mu podawać jakiekolwiek posiłki inne niż mleko, zaczął się problem. Na niego nie było metody BLW, bo wtedy wszystko by było  na podłodze. Podtykanie różnych smaków, zachęcanie i przekonywanie też nie działało. Jedyne co mu pasowało to było mleko i nic ponad to.

I kto czegoś takiego nie przechodził to nie zrozumie. Bo każda zjedzona łyżeczka zupki może być sukcesem. Każdy kęs chleba, drugiego dania, banana, jabłka... Każdy kęs w ogóle, to sukces na miarę kroku człowieka na Księżycu. Każdy kęs połknięty, a nie wypluty mi prosto w twarz, albo na podłogę oczywiście. I tu są wszystkie chwyty dozwolone, więc niech nic Cię nie zgorszy.
Prośby, "kochanie spróbuj, am am". Groźby, "bo jak nie zjesz, to cycusia nie będzie". Bajki, tablety, Peppa odwracająca uwagę, by udało się przełknąć kolejną łyżeczkę. Piosenki, książeczki, samolot lecący wprost do buzi czy nawet starszy brat próbujący nakarmić... Latanie za dzieckiem z łyżeczką po całym domu, a nawet podtykanie tych nieszczęsnych parówek, zamiast zdrowego jedzenia. Nic, ale to nic nie zagwarantuje sukcesu w trudnym przypadku. Ba! Przerabialiśmy nawet karmienie strzykawką. Ale spokojnie, to było przy biegunce, żeby się młody nie odwodnił, no i miał wtedy nie wiele ponad rok. Normalnie tak drastycznych metod nie stosowałam, żeby jeszcze bardziej go nie zniechęcić. Chociaż nie wiem czy taka ewentualność byłaby w ogóle możliwa.
Uwierz mi, jeśli Twoje dziecko, aż tak by nie jadło, ledwie sięgając trzeciego centyla i wyglądając na jakieś 6-8 miesięcy mniej niż ma, też byś się martwiła...

Ale żeby nie brzmiało to aż tak dramatycznie, to tak było do 2,5 roku. od paru miesięcy jest nieco lepiej. Nie, to nie tak, że nagle stał się małym wszystko-jadkiem. Nie ma tak lekko, ale jest postęp. Znaleźliśmy kilka rzeczy, które je, a matka na głowie staje, żeby dziecku dogodzić, obiadki gotując po niego. Dokładki co prawda nigdy mu się nie zdarza jeść, nie mówiąc o zupie dwa dni z rzędu (zazdroszczę wszystkim mamom, których dzieci zjedzą to samo dzień po dniu), ale już jedno danie potrafi pochłonąć w całości, a to jest na prawdę niebywały sukces. Każdy zjedzony posiłek, każde pół kromki chleba (o dwóch nawet nie śmiałabym marzyć) w przypadku takiego dziecka cieszy podwójnie.

Więc droga Mamo, zanim zaczniesz się narzekać i się martwić, że Twoje dziecko mało je, albo, że jest niejadkiem, najpierw zastanów się czy faktycznie nim jest. Czy może tylko tak Ci się wydaje, bo uważasz, że powinno jeść więcej, a wcale nie musi? A jeśli faktycznie masz niejadka... to nie pozostaje nic innego jak życzyć Ci duuużo cierpliwości i liczyć na rychłą poprawę stanu rzeczy. Bo brak apetytu i niechęć do jedzenia może minąć, a Ty zaczniesz się zastanawiać, gdzie Twoje dziecko wszystko to mieści:)

Czytaj dalej...

JAKIM TYPEM MATKI JESTEŚ?

typy matek i ich poglady na zdrowie dziecka

Dla każdej matki zdrowie jej dziecka jest chyba sprawą najwyższej wagi. Każda dba, troszczy się, martwi, pielęgnuje, chociaż każda robi to na swój własny sposób. Samo życie. Zaobserwowałam jednak kilka typów zachowań, które różnią mamy. Trochę z przymrużeniem oka, wyolbrzymiając, a trochę serio, bo rzeczywiście takie typy i poszczególne zachowania znam. Zapraszam do lektury.

Matka Zapobiegliwa
Matka na wyrost pisząca czarny scenariusz. Lista telefonów do lekarzy wisi na jej lodówce, zestaw awaryjnych medykamentów wraz z zapasem, trzyma zawsze pod ręką. Ona wie, co złego może dziecko spotkać i kiedy katar dopaść. Tydzień bez wizyty w przychodni, to tydzień stracony, przecież warto sprawdzić czy uszy i gardło są w porządku, bo a nóż mogą nie być. Matka Zapobiegliwa nie ściąga dziecku kurtki w sklepie, żeby klima go czasem nie zawiała, a gdy majowy deszczyk zmoczy jej pociechę, profilaktycznie ładuje ibuprofen na noc, żeby się czasem nie rozchorowała. Kiedy Matka Zapobiegliwa znajdzie ukruszony plastik u swojego pięciolatka, na wszelki wypadek pójdzie z nim na USG brzucha czy czasem nie połknął. Nie lubi być zaskakiwana i jest przygotowana na każdą ewentualność. Idąc na spacer weźmie kurtkę, dwie czapki i termos z ciepłą herbatą. Musi myśleć za wszystkich i o wszystkim. W końcu nikt nie zaopiekuje się jej dzieckiem tak dobrze jak ona sama.

Matka Wszechwiedząca
Owszem, do lekarzy chodzi, ale oni z założenia nie wiele wiedzą. To ona im mówi, jakie leki powinni przepisać jej dziecku i jakie badania zrobić. Matka Wszechwiedząca i tak wie lepiej co jej dziecku dolega. Umie rozpoznać po sposobie kichnięcia, ile dni potrwa katar, a po kolorze wydzieliny z nosa, rodzaj bakterii, która zaatakowała jej dziecko. Matka Wszechwiedząca wie, jak chorobom zapobiegać i jak je leczyć. Niczym wybitnemu specjaliście wielu dziedzin, nie umknie jej żaden drobiazg, obok niczego nie przejdzie obojętnie, wszystkie szczegóły umiejętnie łącząc w całość.

Matka Panikująca
Matka Panikująca bywa swoistą odmianą Matki Zapobiegliwej. Dla niej również tydzień bez wizyty u lekarza, to tydzień stracony, ale ona w przeciwieństwie do Matki Zapobiegliwej, wie na pewno, że jej dziecku COŚ dolega, nie jest jednak Matką Wszechwiedząca, by stawiać diagnozę. Jeśli Matce Panikującej ktoś powie, że jednak może panikuje, w jej oczach w najlepszym razie zostaje uznany za ignoranta, w najgorszym za idiotę (i ignoranta). W swojej dosyć krótkiej karierze bycia matką, Matka Panikująca odwiedziła już większość specjalistów, wszystkich jednogłośnie obwołując niekompetentnymi  konowałami.

Matka Hartująca
Typowy przykład matki, która chorobliwie boi się przegrzania dziecka, bo wie, że zdrowe dziecko, to dziecko zahartowane. To nic, że sama owinie się szalem po same uszy i ubierze puchówkę. Dziecka przegrzać nie może, więc krótkie spodenki mu włoży. Czapka? Jaka czapka, ona nawet nie wie co to jest? Wiatr, deszcz, śnieg, mróz, nic jej nie straszne, nic jej nie zniechęci do budowania odporności dziecka. Leki, to zło, niech organizm dziecka sam mobilizuje się do obrony przed bakteriami i wirusami. Matka Hartująca to twardzielka, której żadne choróbsko nie straszne, a dziecko z gilami do pasa dzielnie do przedszkola kroczy. Nie ma uproś. W końcu trza się zahartować...

Matka Luzaczka
Matka, którą nie wiele jest w stanie wyprowadzić z równowagi. Generalnie spokój je nie opuszcza w żadnej chorobie.W pewnych kwestiach będzie zgodna z Matka Hartującą. Jej dziecko tez pójdzie z zielonym katarem zwisającym do pasa do przedszkola, bo przecież jest zdrowe, a katar chroniczny to coś naturalnego. Katar, ból gardła, angina, biegunka, zaparcie, gorączka? Wszystko jest dla ludzi i do przeżycia. Pneumokoki, rotawirusy? A  co to takiego, owoce morza? Po co szczepić, skoro i tak można zachorować?  "Mniej wiesz, dłużej żyjesz", to jej motto przewodnie. 

Matka Racjonalistka
Wzorzec idealny, które umiejętnie łączy cechy wszystkich Matek. Wie, kiedy być Zapobiegliwą, kiedy Hartujacą. Wie, że Wszechwiedzącą nie jest i nie będzie, ale ma zdrowy rozsądek, który pozwala nie tylko ślepo we wszystko wierzyć, ale umiejętnie filtrować, to co dobre dla jej dziecka. Wie kiedy zacząć panikować, a kiedy może wrzucić na luz. Nie przegrzewa dziecka, ale nie mrozi. Leczy, a nie faszeruje lekami. Dba o zdrowie, a nie lekceważy i jest świadoma chorób i zagrożeń z nich wynikajacych, ale nie daje na każdym kroku ponieść się fantazji, dopisując coraz czarniejsze scenariusze. Świadomie zgłębia wiedzę np w takich miejscach https://drogadosiebie.pl/. Do typu Matki Racjonalistki dąży, a przynajmniej powinna każda matka, która chce dobrze dbać o swoje dziecko i jego zdrowie. Ja dążę. Wzorzec idealny, więc zarazem niedościgniony, bo chyba każdej matce zdarzy się wpadka z zachowaniem pozostałych typów matek. Przynajmniej myślę, że każdej... A może Tobie?

A Ty jakim typem jesteś? 
Jakie typy byście dodały?
Czytaj dalej...

6 dowodów na to, że przywiązałam dziecko do siebie

czy mozna nadmiernie przywiazac do siebie dziecko

"No, przywiązałaś dziecko do siebie, w końcu o to ci chodziło"

Jakiś czas temu usłyszałam ten złoty cytat, a było to odnośnie tego, że moje dziecko jeszcze (o zgrozo!) ssa pierś. Tak na prawdę skumulowało się na to jednak kilka jak mniemam czynników, które pozwoliły wysnuć tej osobie powyższy wniosek. I gdyby nie to, że mi zwyczajnie nie wypadało z kilku względów, to bym prosto z mostu bym tej osobie wygarnęła, co o tym myślę. 
Problem braku tolerancji i zrozumienia matek poruszałam już kilka razy jak np. TU, jednak z poniższymi zarzutami wyrażonymi w bardziej lub mniej delikatny sposób, spotkałam się osobiście. Czy słusznie uważam, że na wszystko można spojrzeć z dwóch stron? A może rzeczywiście te czynniki w pewien sposób uzależniają dziecko od matki?
Pora na niezbite dowody, że przywiązałam dzieci do siebie:

1. Spałam z dzieckiem, a raczej z dziećmi.
No tak, bo kto to widział brać dziecko do łóżka. W końcu od czego jest jego łóżeczko, a najlepiej jego pokój. Przecież to nie naturalne, że dziecko śpi z rodzicami, w każdej chwili może się przytulić i nie daj Boże dostać cyca zamiast butelki. To niedopuszczalne, że matka, wygodna (a może raczej wyrodna) kobieta, nie wstaje po 10 razy w ciągu nocy, podpierając się rzęsami i nie karmi, albo nie uspokaja dziecka, ponownie odkładając, żeby spało samo. Toż tak to zgnieść może, jak Ona się nie boi?! Co za matka? W końcu uczyć się spać samodzielnie powinno od początku, bo inaczej jeszcze za bardzo się przywiąże... No to dwójkę przywiązałam...

2. Karmiłam piersią.
Tak, karmić piersią trzeba, karmienie najzdrowsze dla dziecka, obowiązek matki, oczywista oczywistość, itd. Ble, ble, ble... ALE, ile zamierzasz, przecież już pół roku go karmisz, to już pora na odstawienie. Przecież dziecko już duże, przecież zęby temu idą, przecież matkę pogryzie, przecież to zaraz woda sama nie mleko będzie, itp. Jak można dłużej, chyba tylko z wygody, w końcu butelek myć nie trzeba. Ha, ha, ha. DWA LATA?! Kto to widział?! A z każdym kolejnym miesiącem, oczy się robią coraz większe ze zdziwienia... Bo jak tak można, przywiązać dziecko do siebie (i swojego cycka)?

3. Nosiłam na rękach i w chuście.
A czemu to dziecko w SZMACIE nosisz?!
W chuście co prawda chodził jeden, bo drugiemu nie spasował taki sposób podróżowania, no ale czemu go w tej szmacie nosiłam? A no temu, że chciał być blisko i zamiast przemykać pośpiesznie z wózkiem, z którego dochodziły wrzaski nie z tej ziemi, wolałam tak nosić, niż dostarczać stresów sobie i dziecku.
A po co na ręce brać przy każdej okazji? Wykorzystuje Cię, niech trochę w wózku popłacze, ale niech jeździ, aż się nauczy. Przecież się tak nauczy, przyzwyczai i tylko na ręce będzie chciał. Jeszcze za bardzo się do mnie przywiąże...

4. Reagowałam na płacz.
Dziecko powinno się wypłakać, przefiltrować płuca, nic mu nie będzie jak trochę powrzeszczy. Przecież nie trzeba od razu brać na ręce i lecieć na złamanie karku. Jeszcze się nauczy, że rodzicem rządzić może, a kto to widział? Zobaczysz, mały despota wyrośnie, co Wami rządzić będzie. Jak mu tak pozwolisz, to zawsze będzie chciał postawić na swoim, bo wie, że mu pozwolisz.
No na złamanie karku to może nie, ale co mądrzejsi, nie lubią być lekceważeni, ich się powinno słuchać na każdym kroku i korzystać z tych jakże cennych rad. Ale przecież to tylko dziecko, po co  reagować na jego płacz? Po co ma się przywiązać do matki? Zupełnie niepotrzebnie...

5. Zajmowałam się dziećmi ja i tata.
Jak go nigdy nie zostawisz, to potem sam z nikim nie zostanie. Jak pójdzie do przedszkola, skoro się tylko maminej spódnicy trzyma? Kto to widział takiego dzika, który nikomu na kolana nie wejdzie, nikomu się na szyję nie rzuci, ani buziaka nie da? Dziecko powinno być przymilne, a nie płakać przy próbie wzięcia na ręce i kurczowo się matki pilnować.
A najlepiej z każdym obcym pójść jeszcze za rączkę.... Jeśli za często nie podrzucasz dziecka z rąk do rąk, nie prosisz się co chwilę o to, żeby się nim zajęto, nie wyjeżdżasz na romantyczne weekendy tylko we dwoje, albo nawet wakacje, jeśli mówiąc brutalnie, nie szukasz okazji by się go pozbyć, to prawdopodobnie za nadto je do siebie przywiązujesz...

6. Nie posłałam dzieci do żłobka.
A przecież z dziećmi najlepiej by się rozwijały. Pewnie z pół roku z mamą by im stanowczo wystarczyło. Więcej to już rozpusta dla dziecka i matki. Do roboty kobieto, a dziecko do żłobka! A jak będzie chorować? Phi, wtedy się pomartwisz. Inaczej się za mocno do Ciebie przywiąże, im dłużej tym gorzej...
Czytaj dalej...

Mały terrorysta czy dziecko walczące o swoje?

bunt dwulatka

Na pewno nie raz widziałaś dziecko, które urządza tzw. "scenę". Wrzeszczy, rzuca się na podłogę, nie daje się wziąć na ręce, kopie, gryzie, wyrywa się. I co sobie wtedy myślisz? Budzi to Twoje politowanie, współczucie, zdziwienie, zgorszenie? A może wydaje Ci się to całkowicie normalnym zjawiskiem, które po prostu się zdarza, a dziecko własnie przechodzi "bunt dwulatka"?
Młodszy Urwis jest dzieckiem z charakterem. Co przez to rozumiem? Że generalnie trudno mu coś wytłumaczyć, nie ustąpi ot tak, tylko dlatego, że mama prosi, a tym bardziej karze. Czasami działa sposób odwrócenia uwagi, ale też nie zawsze. Krótko mówiąc, nie jeden "życzliwy" nazwałby go "rozpuszczonym bachorem". Od jakiegoś czasu wyjątkowo często testuje matki cierpliwość i wyznaczane mu granice. I jak dotąd zwykle swoje despotyczne skłonności pokazywał w domu, tak ostatnio postanowił wystawić matkę na próby cięższego kalibru.

Urwisom lodów się zachciało, więc matka po jednej gałeczce sprawiedliwie kupiła. Dzieci niczym aniołki grzecznie siedziały i jadły, a potem poprosiły grzecznie matkę o rurkę ze śmietaną. Matka prośbom ulega, w końcu co tam rurka ze śmietaną, a niech mają, a co tam! I tu zaczyna się problem. Młodszy się rozmyślił, on już nie chce rurki, on chce cały pucharek lodów z obrazka!

Nie wiem, może poziom cukru po tej gałce mu skoczył, a może jego wrodzona przekora się odezwała, ale nie i już. Matka pucharka nie kupiła, bo rurkę chciał przecież, ale ok, dziecka do rurki zmuszać nie będzie, skoro mimo namów nie chce, to nie. Rurkę sama zjada... I gdyby przewidziała, co dalej nastąpi, to ta zakichana rurka by jej ością w gardle powinna stanąć. Rurki nie ma, starszy swoją skończył, więc zbieramy się, ale... O nie, nie licz matko, że tak łatwo pójdzie, bo JA, osobnik z natury przekorny, jednak tę rurkę chcę! I masz matko dwa wyjścia:
1. rurkę kupić dla świętego spokoju
2. rurki nie kupić

I pewnie się domyślacie, które wyjście matka wybrała. Matka rurki nie kupiła... I tym samym dziecko zrobiło przedstawienie, które nie jeden zgorszony widz może powtarzać kolejnym pokoleniom. 
Mimo tłumaczeń, że rurki nie chciał, mimo prób odwrócenia uwagi postanowił najpierw się obrazić i nie iść. Matka stoi i spokojnie czeka, bo na siłę szkoda prowokować do awantury i niepotrzebnie zwracać na siebie uwagę. Aż jakaś pani postanowiła mojemu synusiowi co nieco wytłumaczyć, żeby grzecznie z mamą poszedł. I tu się zaczęło...
Myślę, że moje dziecko nie toleruje wtrącania się obcych w jego sprawy, więc postanowiło narobić wrzasku. Matka na ręce wzięła, póki boi się obcych, to z nią pójdzie, ale za daleko to nie. Po paru metrach, gdzie matka potrzebuje kupić pieczywo, latorośl postanawia się rzucić na podłogę, zwracając tym samym na siebie (i matkę) uwagę jakiś 6 osób w kolejce i wszystkich przechodzących, mimowolnych widzów. Dziecko nie słucha, nie chce być ani na rękach, ani w wózku, ani stać, będzie leżał i wrzeszczał, bo niestety płaczem to nazwać,to za mało. Nie wiem, czy z litości nad dzieckiem, czy nad nad nią samą, ale przepuszczona w kolejce matka szybko chleb kupuje, dziecko z podłogi zbiera i się ewakuuje. Niosąc (raczej niemal wynosząc pod pachą) wrzeszczące, kopiące, gryzące i drapiące stworzenie. 

Po paru minutach i zapięciu już w wózku i wyjazdu na powietrze, Urwis się uspokaja. Jeszcze chlipie cichutko, wpina się matce na kolana, obejmuje ją za szyję i na swój sposób przeprasza. A matce płakać się chce... Z bezsilności, wstydu, żalu, a może z tego, że na ten czuły gest, mija jej złość?

Czy to próba sił, sprawdzanie ile mu wolno, ile matka wytrzyma? Mimo wszystko matka dalej uważa, że dobrze zrobiła, że drugiej rurki nie kupiła. Przecież to nie obiad, gdzie matka wszystko pod nos podtyka, żeby tylko dziecko cokolwiek zjadło, w końcu mogłaby wogóle takich słodyczy nie dawać...

Jednak dwójka dzieci ma w tej sytuacji podstawowy plus: matka, podczas całego zajścia zupełnie się nie przejmuje ludźmi, którzy mogą cmokać ze zgorszenia pod nosem, że matka sobie z dzieckiem nie radzi, albo go wychować nie potrafi. Przy pierwszym byłaby jednak bardziej przejęta, tym co ktoś sobie mógł pomyśleć, niż faktem, jak silny charakter ma jej dziecko. Potrafi zachować zimną krew, ale do domu dociera wyczerpana. Niestety bardziej psychicznie, niż fizycznie...



Czytaj dalej...

Dyskryminacja porodowa

cesarskie ciecie na zyczenie

"Cesarka to nie poród", "kto miał cesarskie cięcie, nie wie co to poród", na pewno nie raz słyszałaś te slogany. Nie mam porównania, nie mnie oceniać wyższość porodu naturalnego nad cc, ale mimo, że te zdania brzmią jak dyskryminacja, nie sposób się z nimi nie zgodzić, ale...

"Cesarka to nie poród"- to operacja, zabieg inwazyjny, całkowite rozcinanie wszystkich powłok brzucha, nie jakaś drobna laparoskopia czy przeszywanie uszów, by były mniej odstające, tylko najprawdziwsza OPERACJA.
"Kto miał cesarskie cięcie, nie wie co to poród"- jasne, że nie wie, tak samo, jak ten, kto miał znieczulenie, nie wie jak jest bez, albo kto nie miał operacji, nie wie z czym się to wiąże i jak potrafi być "po".

Ile kobiet, tyle porodów i tyle samo opinii i zdań na ten temat. To, że poród naturalny, bez znieczulenia jest porównywany do odcinania kończyny na żywo, to słyszałam, ale nie generalizujmy, są też znacznie pozytywniejsze odczucia.
 Ponoć kobiety, które nie miały bólów krzyżowych, nie wiedzą, że rodziły. Niestety ja nie należę do tego szczęśliwego grona, tak samo nie byłabym w stanie powiedzieć, że "rodzić dziecko, to tak, jakby Ci się strasznie chciało się kupę i nie mogło jej zrobić". No sorry, ale nie bardzo trafne spostrzeżenie jak dla mnie, chociaż i takie porównanie słyszałam.

I tak jak jedna dwa dni po porodzie siłami natury może śmigać "na ściankę", to inna przez miesiąc nie będzie mogła sobie na tyłku normalnie usiąść, tylko na jednym pośladku. Tak samo po cesarce, jedna od razu wstanie, rana się szybko zagoi, blizna śliczna, cieniutka niczym niteczka, a druga przez tydzień się nie podniesie, a blizna na 2cm będzie się babrać w nieskończoność.

Każdy odczuwa ból inaczej i nie można tego porównać. Na pewno znacie kobiety, które stwierdziły krótko, że "nie było tak źle", ale i takie co godzinami przeżywały swoją traumę porodową, każdej napotkanej znajomej (lub nawet nieznajomej) ze szczegółami opisywały "wyciskanie dziecka z brzucha przez lekarza", "źle podane znieczulenie, które im nie pomogło", "męczyły się 36 godzin" i inne szczegółowo opisywane barwne opowieści rodem z filmu grozy.

Nie zamierzam opisywać tu swoich porodów ze szczegółami, chociaż już wiecie, że oba porody odbyły się naturalnie i nie miałam znieczulenia zewnątrzoponowego. Nie uważam, że to jakiś straszny wyczyn, za który powinnam medal dostać, chociaż spotkałam się z określeniem, że "dwa razy rodzić bez znieczulenia, to coś nadzwyczajnego" i że "jestem wyjątkowo twarda i silna". A gówno, nie jestem i wbrew pozorom mój próg bólu jest chyba nie wysoki. Wychodzę z założenia, że nie ja pierwsza nie ostatnia, kiedyś kobiety tak rodziły i przeżyły więcej porodów. Ot co. Co absolutnie nie znaczy, że nie należy go brać. Chociaż rzeczywiście, znieczulenie aktualnie jest raczej częstsze niż jego brak. Tak, więc dziś dumnie mogę powiedzieć, że wiem co to poród, co starsze pokolenie mogłoby skwitować, że "kiedyś to kobieta w polu rodziła". Na szczęście mamy XXI wiek i rodzi się w nieco lepszych warunkach. Nie mniej jednak te lepsze warunki też maja swoje granice, a raczej powinny mieć jak na mój gust...

Jakiś czas temu, no dobra, jakieś 1,5 roku temu, pewna biutiful celibritis, w dodatku aktors i dżuranalist w jednym, oznajmiła w śniadaniowym programie, przyznając się tym samym do swej świeżej dosyć ciąży, że "nie zdecydowałaby się na dziecko, gdyby nie możliwość cesarskiego cięcia". Zgupiałam, WTF?!, może coś przeoczyłam, przespałam, jestem niedoinformowana?! Od kiedy to kurde jest wybór?! Z tego co mi wiadomo, cc nie jest na życzenie, tylko z medycznych wskazań. To co mi taka, jeszcze w telewizji śniadaniowej gada i opowiada o bolesnych miesiączkach, że tak by się bała porodu, że na ciążę by się nie zdecydowała?! Nie rozumiem czegoś tutaj... Aż się prosi, żeby powiedzieć brzydko ''jak wlazło to i wyleźć musi"...
Też miałam bolesne miesiączki, też cierpiałam i chorowałam, a jakoś nikt z tego powodu nie widział wskazań do cc. Pierwszego porodu tak się bałam, że wcale bym nie płakała z tego powodu, a jakoś stresu nie wzięli pod uwagę do wskazań. Przy drugim wiedziałam jak boli, więc też bym nie narzekała zbytnio, chociaż jasne, dla dobra dziecka zniosę wszystko.

Ale moda trwa, ostatnio inna cudna aktorka i aktualnie blogerka odniosła się do podobnego tematu, że z jakiej to racji cierpieć przy porodzie musi....?! Noż sorry, ale takie wypowiedzi tych rodzimych gwiazd na naszym nieboskłonie, powodują właśnie taką opinię o cesarskim cięciu, że to wygodny poród, wręcz w gwiazdorskim stylu, w końcu rodzą "jak cesarzowe", ba nawet datę urodzin swojego dziecka wybiorą zgodnie z odpowiednim horoskopem. Bo rozumiem, że to wskazanie do cc, które trzeba mieć, dla niektórych zawsze się znajdzie... W końcu zawsze można zaznaczyć, że w usg wyszło, że dziecko waży 4,5 kg, a że brzuch w 9 mc niczym w 6, a dziecko po urodzeniu 3100g, no cóż błędy się zdarzają...
A Wy co sądzicie? Jaki poród "lepszy"?
Czytaj dalej...

Dziecko prawdę Ci powie...



Dziecko prawdę Ci powie... Czy rzeczywiście tak jest?

Dzieci uchodzą za istoty szczere i prawdomówne, które wypaplają wszystko o co się ich zapyta. Niekoniecznie wzbudzają tym zachwyt rodziców, którzy zostają jawnie zdemaskowani i niejednokrotnie publicznie ośmieszeni przez wyolbrzymioną uczciwość ich dziecka, które bez pardonu zapyta rodzica "czy właśnie skończył robić kupę", "palił papierosa na balkonie", że "piwo to napój jego taty", "a rodzice się kłócili". Niestety nie rozumie i nie zauważa zszokowanych, pełnych zgorszenia spojrzeń kierowanych w stronę rodziców i cmokań pod nosem po takim oficjalnym oświadczeniu. Przecież "dziecko zawsze mówi prawdę"... Co z tego, że nie raz nieco naciągniętą, bo "kłótnia" w jego języku może oznaczać zwykłą wymianę zdań, ojca z papierosem przyfilowało jeden raz, a piwo jest w domu od święta.  Dla zgorszonej pani, do której uszu to doleci, mogą być to dzikie burdy, gdzie alkohol się leje strumieniami, w domu lecą same ku..y, rodzinna patologia w wydaniu Superwizjera, a ojciec to alkoholik.

Syndrom Pinokia

Czasem są jeszcze skrajne przypadki zmyślonych historii czyli potocznie mówiąc jawnego kłamstwa, niczym syndromu Pinokia, jak "zdradzanie" pani w przedszkolu, że tata siedzi w więzieniu(!). Sama co prawda takiego doświadczenia nie miałam, ale słyszałam o dokładnie takim przypadku, kiedy zaskoczona przedszkolanka spytała ojca, kiedy wyszedł na wolność. Dzieci potrafią jednak ubarwiać rzeczywistość...

Ostatnio co prawda moje dziecko zrobiło się bardziej prawdomówne, ale był moment, że na pytanie "czy byliście z przedszkolem na placu zabaw", słyszałam niekoniecznie prawdę, albo "co było na obiad w przedszkolu" otrzymywałam odpowiedź, która zupełnie nie miała nic wspólnego z rzeczywistością. Bo co ma wspólnego sznycelek, buraczki i ziemniaczki z leniwymi z masełkiem?! Generalnie niczemu (NICZEMU) co mój syn mówił, nie należało w 100% wierzyć, tylko dzielić  to przynajmniej przez pół.

A jednak prawdę powie...

No dobrze, to uczymy dzieci, że mają mówić prawdę, być szczere i uczciwe. Wspaniale, jeśli to się objawia słowami "mamo, ładnie wyglądasz", albo "ale jesteś piękna", nieco gorzej jeśli usłyszysz "ale jesteś stara"... Co zrobić, w końcu samą prawdę Ci mówi, dla niego nie ważne czy masz lat 25 czy 40 to jesteś mamą, więc z założenia kobietą wiekową, po prostu starą, w końcu w wieku lat 6 czas płynie nieco inaczej.
No i masz Mamusiu wyuczoną uczciwość. Niedzielny obiadek u babci, a młody wypala, że jadł nie będzie, bo mu śmierdzi, nie podoba się, nie smakuje, nie zje i już. I masz tu Matko, na co przyszło Ci tłuc do głowy, jak to kłamać nie wolno. Teraz dziecko masz szczere i świeć oczami przed teściową, jak to się Twoim dzieciom w dupach za przeproszeniem poprzewracało. Tego nie zje, tamtego nie, to mu śmierdzi tamto się nie podoba, pal licho jeszcze, jak to przy drugiej babci powie, własnej matce jakoś wytłumaczysz ten przypływ szczerości...
Albo na rodzinnej imprezie, gdzie nie tylko rodzina, pełna tolerancji się zjawia, paluszkiem Ci wskaże i konspiracyjnym szeptem, który bardziej przypomina głośną uwagę, na ucho powie "mamo, nie lubię tego pana!". I już, pozamiatane, w końcu nie wszystkich się lubić musi, ale Mama by wolała, żeby rzeczony pan jednak tej uwagi nie słyszał, w końcu czemu on winien, ale za to jakie szczere....
Mało wskazane również są, przepełnione jakże dziecięcą niewinnością pytania typu "to pan czy pani", "czemu ta pani ma łyse pół głowy" i inne, które nie do końca są rodzicowi na rękę, zwłaszcza jeżeli ktoś poza nim je słyszy.
To masz Mamo za swoje, najpierw prawdomówności oczekujesz, a  potem marudzisz. Dyplomacji się zachciewa, bo teraz pora tego się nauczyć... 

A Wasze dzieci mówią prawdę czy "prawdę"?
Czytaj dalej...

Terror (niekoniecznie) laktacyjny

karmienie piersia, karminie butelka, tolerancja

Śmiało mogę powiedzieć, że o karmieniu piersią wiem na prawdę bardzo dużo, ale i karmienie butelką nie jest mi obce. Mając dwoje skrajnie różnych pod wieloma względami dzieci uważam, że mogę się wypowiedzieć w tym temacie i wiem niestety lub stety znacznie więcej, niż mając jedno dziecko. Bez urazy dla mam jedynaków, ale śmiem twierdzić, że posiadanie każdego kolejnego dziecka też weryfikuje wcześniejsze poglądy i czyni z nas osoby bardziej zorientowane w pewnych rzeczach. Tak jak kobieta bezdzietna ma pewne poglądy na tematy związane z macierzyństwem, tak samo kolejne dzieci poszerzają nasz horyzont i uczą tolerancji.

Jeszcze w ciąży z pierwszym dzieckiem miałam zweryfikowane zdanie na wszystkie drażliwe kwestie. Koleżanek dzieciatych nie miałam, bo mimo, że nie byłam podlotkiem, żadna rodziny jeszcze nie planowała, więc radzić mi nie miał kto, ale za sprawą poradników i szkoły rodzenia uważałam, że kluczowe tematy są dla mnie oczywiste. Wyszkolona po szkole rodzenie uważałam, że karmić piersią każda kobieta może, najwyżej musi się postarać i nie tracić chęci, smoczek zaburza tylko to karmienie, więc jest samym złem, a urodzić naturalnie to już w ogóle oczywista sprawa, skoro kobiety zawsze tak rodziły. Zakładałam więc, karmienie piersią, naturalny poród bez znieczulenia czy brak smoczka za rzeczy oczywiste. Tak wiem, maskara i masochizm w czystej postaci, dziś też tak uważam, ale co ciekawsze wszystkie te założenia udało mi się spełnić. I mało tego, zupełnym, już nieplanowanym przypadkiem nawet w przypadku dwójki dzieci! 
Chyba tylko na temat spania z dzieckiem nie miałam radykalnych poglądów, ale to temat na osobny post.

O ile na pierwszy poród szłam z myślą, że urodzę bez znieczulenia i jakoś przy tym wytrwałam, ale raczej z braku siły by wołać o nie, kiedy spałam między skurczami, a raczej byłam nieprzytomna z bólu, to przy drugim porodzie nie zdążyli mi już go zaaplikować. Jednak kwestia godziny porodu i wypoczęcia jest bardzo ważna. Tak, wiem, większość kobiet, która znieczulenie miała też narzeka, że albo za słabo działało, albo za krótko, ale uwierzcie, że mnie i ta przysłowiowa godzina by wówczas wystarczyła na zebranie sił. Także na znieczulenie narzeka ten, kto nie wie co znaczy rodzić bez. 
Co do smoczka, to pierwszemu Urwisowi nauczona na szkole rodzenia, nie podawałam przez pierwsze dwa tygodnie, a potem już nie chciał. Drugi zaś, nawet od razu nie chciał, a jednak wychodzę z założenia, że na siłę trzymać nie będę (albo wiązać do uszu, jak poradziła mi pewna lekarka).
Karmienie piersią natomiast przyszło mi w obu przypadkach bez problemu, pokarm się szybko pojawił, więc nie wiem jak to jest walczyć o każdą kroplę, a inna rzecz, że obaj to były ssaki rasowe, co od cycka od początku nie odeszły. Do dziś z rozrzewnieniem wspominam, że obaj ledwo mi ich na brzuchu położyli, szukali instynktownie cyca. No i jak już znaleźli to chętnie na nim wisieli, a ja miałam problem z wyjściem do toalety, bo wisieliby na nim non stop.   

KM czy KP?

Kwestia karmienia dziecka, a raczej jego sposób czy to karmienie piersią KP czy mlekiem modyfikowanym MM jest jednym z najbardziej drażliwych tematów, wzbudza najwięcej emocji, kontrowersji i skrajnych opinii. Niestety również często, zamiast jednoczyć kobiety jako matki, poróżnia je. 
Kobiety karmiące butelką czują się potępiane przez mamy karmiące piersią, jakoby miały być przez nie postrzegane jako gorsze matki. Zarzuca im się niejednokrotnie brak więzi z dzieckiem, niechęć do jej pogłębiania, brak troski o zdrowie swojego dziecka, wygodnictwo (że nie są uziemione z dzieckiem), próżność (że mają na uwadze wygląd swoich piersi), a nawet, że mniej kochają swoje dzieci, od tych co karmią piersią. 
Kwestii wyglądu piersi nie oceniam, może i są takie mamy, ja osobiście nie spotkałam, ale całą resztę uważam oczywiście za bzdurę i ostatnim świństwem jest oceniać miłość czy przywiązanie matki do dziecka na podstawie sposobu karmienia.
Nie ważne czy karmisz MM, bo nie chciałaś KP czy nie wyszło Ci, wyznaje jedną podstawową zasadę: 

TOLERANCJA

Ale chciałam zaznaczyć, że ta tolerancja powinna iść w obie strony. Bo o ile często mamy karmiące MM narzekają na tzw. "terror laktacyjny", to rzadko jest poruszany odwrotny problem. Mam podobne doświadczenia, jak pisane na arbuziaki.pl, bo o ile KP jest pochwalane, to w pewnym momencie zaczyna wszystkim przeszkadzać. Mija rok, nie daj Boże dwa i zaczynasz budzić litość i zgorszenie. Bo jak tak długo można, bo to nienormalne, zboczone, bo dziecko do siebie przywiązujesz w ten sposób, dajesz się manipulować dziecku, a przecież taki pokarm już nie ma wartości itp. Znasz to? 
Ja tak i osobiście to podważam, bo znam przykłady, że dziecko karmione butelką do 3 roku życia nie mogło się z mamą nawet na moment rozstać i wcale nie potrzeba do tego cycka.

Pierwsze dziecko karmiłam zgodnie ze społeczną normą czyli 8 miesięcy. Tak wyszło, nie koniecznie, że chciałam, pewnie jeszcze trochę bym karmiła, gdyby nie konieczność w postaci zbliżającej się operacji. Urwis dosyć łatwo się przestawił, po wypróbowaniu paru MM i paru butelek, znaleźliśmy to co mu pasowało. Uważałam wówczas, że taki sposób by się sprawdził w każdym przypadku, że długo karmione dzieci to fanaberia matki. 
No i masz... sama osobiście się przekonałam, że niekoniecznie.
Że są dzieci, którym żadne rynkowe MM nie podejdzie w żadnym okresie życia, a butelka już tym bardziej. Drugi Urwis mając 10 miesięcy rzucał butelką, gdy widział w niej biały płyn (dodam, że jak była w niej przezroczysta woda pił normalnie). Mały despota powiesz? Może coś w tym jest, charakterek ma, chociaż ja nie postrzegam tego jako manipulacji tylko po prostu upominanie się o swoje ulubione (czy jak nienawidzisz brukselki będziesz ją jeść? chyba nie...). Ja się nie zbuntowałam, bo nie przeszkadzało mi to, żeby robić z tego wielkie halo, uważałam, że może jeszcze possać i sam wkrótce zrezygnuje, a się to przedłużało to już inna sprawa... 

Im dłużej żyję i im dłużej jestem mamą uczę się tolerancji.
Jeśli jeszcze parę lat temu mogła mnie dziwić scena przedszkolaka ze smoczkiem, karmionego piersią czy jakaś inna niecodzienna scena, to teraz zupełnie nie dostrzegam takich rzeczy. Zwyczajnie podwójne macierzyństwo nauczyło mnie jeszcze większej tolerancji, zahartowało na wszelkie odbieganie od "normy", albo zwyczajnie nie mam czasu i chęci obserwowania, a tym bardziej oceniania. Chyba po prostu już mnie nic błahego nie rusza, bo nie mówię tu o sprawach poważnych typu zamykania w aucie czy bicia, tylko o drobiazgach, które niestety lubimy analizować i krytykować choćby w  myślach.
Po prostu macierzyństwo uczy tolerancji. A Was? Jakie macie zdanie w tym temacie?
Czytaj dalej...
BeeMammy © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka edytowany przez BeeMammy