Ciasto z agrestem i bezową pianką

ciasto z agrestem i bezowa pianka


Uwielbiam takie połączenie smaków. Kwaskowaty agrest pod słodką bezową pianką. Ale nie każdego może rzucić na kolana, nie polecam miłośnikom na przykład ucieranego ciasta z truskawkami posypanego cukrem pudrem. I jak kocham truskawki świeże, tak niestety za takim mdłym słodkawym połączeniem rozpieczonych truskawek z ciastem nie przepadam. Lubię jak coś się dzieje, coś dodaje smaku, kwaskowatości. Wolę cista ze śliwkami, wiśniami, rabarbarem, albo właśnie agrestem. I to muszę zrobić, bo jest super.
Tym razem dodałam jeszcze czerwonych porzeczek, ale jednak lepsze było z samym agrestem, bo porzeczki puszczają sok i trzeba  z nimi uważać. Przepis zaczerpnięty z bloga moje wypieki i na moje potrzeby nieco z modyfikowany. Pasuje na średniej wielkości blachę.

ciasto z agrestem i bezowa pianka


Ciasto:
około 2 szklanki mąki
1-1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
3/4 szklanki cukru
cukier waniliowy
5 żółtek
1/4 szklanki wody
około 1/2 szklanki mleka
1/4 kostki roztopionego masła
skórka starta z cytryny lub kilka kropel aromatu cytrynowego
agrset wedle uznania od 0,5 kg- 0,8 kg
szczypta soli

Pianka:
5 białek
szklanka cukru
sok z cytryny

Żółtka ubijam z cukrem i wodą do uzyskania jasnej, puszystej masy. Dodaję przesianą mąkę z proszkiem do pieczenia i szczyptą soli, mleko i delikatnie mieszam. Dodaję roztopione masło i znów delikatnie mieszam. Podpiekam w temperaturze 160 stopni przez około 20 minut.

ciasto z agrestem i bezowa pianka


Białka ubijam, powoli dodając cukier, potem sok z cytryny.
Na podpieczone ciasto wyłożyć agrest i przykryć pianą. Piec w 140 stopniach przez około godzinę. Ja piekę zawsze do suchego patyczka.
Studzić w uchylonym piekarniku (o ile towarzystwo nie rzuci się na ciepłe ciasto). I chociaż moje dzieci nie lubią żądnych owoców w cieście, za to uwielbiają słodką piankę i spód z ciasta, a ja wyjadam owoce, więc nic się nie zmarnuje:)

ciasto z agrestem i bezowa pianka

Czytaj dalej...

Łupy z wyprzedaży SEPHORA i DOUGLAS

wyprzedaz sephora douglas


Ostatnio permanentnie brakuje mi czasu, a lipiec nam nie sprzyja póki co najpierw zdrowotnie, później pogodowo. Wydawałoby się , że sezon chorób minął, ale nie ma lekko. Ten wie, czym jest jelitówka w domu w środku lata wie ten, kto przechodził. Za to długie wieczory sprzyjają nie spaniu, więc jak już dzieci padają, to matka razem z nimi. Dziś post kosmetyczny, czyli co matce udało się upolować przy okazji wyprzedaży. Jak się wszystko sprawdzi zobaczymy, ale zdobycze są:)

serum przeciwzmarszczkowe sephora wrinkle fighting

Serum przeciwzmarszczkowe Sephora za 44 z przeszło 100 zł.

pat&rub ekoampulka 3 krem na noc 30+

W PAT&RUB by Kinga Rusin jakieś rotacje ponoć, bo te kosmetyki zmieniają nazwę, a Kinga Rusin pod starą nazwą wprowadzać ma nowe, o ulepszonym składzie. Nie mniej jednak zniżka 50% zachęciła mnie i żałuję, że nie było już kremu na noc 30+, bo podobno dobry. Ampułki też zbierały pochwały, więc zobaczymy. W końcu wybrałam ekoAmpułkę 3 do cery naczynkowej. Oba za około 70 zł ze 140.

pat&rub balsam do rak

I jeszcze balsam do rąk 22 zł.


sephora balsam

 Balsam do ciała Sephora. 22 zł obniżka z 44.

wild rose korres olejek krem

Greckie kosmetyki Korres w Polsce mają zawrotne ceny. W Grecji można je kupić w każdej aptece za dużo mniejsze pieniądze. Sama z Krety przywiozłam sobie krem krem do twarzy Wild Rose w zestawie z kremem pod oczy za 18 euro. Dodam, że w Sephorze cena samego kremu do twarzy to 155 zł! Czyli różnica duża. Zestaw ze zdjęcia to olejek do twarzy z dzikiej róży i miniaturka tegoż kremu. Cena pierwotna to 215 zł, ja zapłaciłam 99. Zapach olejku obłędny jak testowałam w sklepie, zobaczymy jak się sprawdzi.


Teraz pora na Douglas. Wszystkie produkty Max Factor za 15 zł.

eye luminizer skin luminizer max factor

Rozświetlacz pod oczy i podkład. Przyznaje skusiła mnie obniżka bardzo, bo pierwotna cena podkładu to bodajże 59 zł, a rozświetlacza 45.

max factor lasting performance mascara masterpiece

Wieki temu miałam Lasting Performance. Lubiłam go, chociaż miał wadę, że ciemniał nieco na twarzy. Teraz dobrałam jaśniejszy odcień, więc może będzie lepszy. Inna sprawa, że tylko takie już zostały. To i tusz do rzęs.

Póki co mam wrażenie, że ubiłam super interes, Mam nadzieję, że się nie zawiodę:) A Wy znacie te kosmetyki?
Czytaj dalej...

SPRAWA NINY FRANK, TYLKO MARTWI NIE KŁAMIĄ K. BONDA

sprawa niny frank, tylko martwi nie klamia katarzyna bonda


Znowu powrócę do tematu książek Katarzyny Bondy, o których pisałam już TU. Jednak tym razem są to kryminały tej pisarki. Sprawa Niny Frank, Tylko martwi nie kłamią i Florystka stanowią swego rodzaju trylogię. Chronologicznie książki powinny być w tej kolejności, ale ja czytałam od końca i nie było to wielkim problemem. Niestety pożyczając książki z biblioteki trafiają się w różnej kolejności, zwłaszcza kiedy cieszą się takim powodzeniem jak kryminały Bondy. Czeka się na nie po kilka miesięcy, ale warto. 
Nagle stałam się zagorzałą fanką literatury kryminalnej, odstawiając wszelkie lekkie i przyjemne romanse na bok. Co wcale nie oznacza moich ukrytych skłonności do chęci popełnienia zbrodni doskonałej, która nie zostałaby odkryta przez żadnego psychologa policyjnego. Po prostu literatura i sposób pisania autorki mi odpowiada, trzyma w napięciu, powodując, że chce się książkę pochłonąć, a nie czytać codziennie po trzy strony na "dobry sen". 
Jest jedna specyficzna rzecz przy wszystkich przeczytanych przeze mnie książkach Bondy. Mianowicie, w każdej jak dla mnie jest coś, co nie jest do końca wyjaśnione. Nie umiem tego wytłumaczyć, bo niby zbrodnia zostaje rozwiązania, a morderca zdemaskowany, ale w każdej tkwi tajemnica związana ze zbrodnią lub jej wykonawcą, która nie do końca w oczywisty sposób jest wyjaśniona "kawa na ławę". Coś, co karze się zastanowić nad książką i nie pozwala o niej zapomnieć. Może jest to kwesta powiązania historycznego i połączenia dawnej zbrodni z aktualną, co tworzy powieść wielowątkową, tak jak w "Tylko martwi nie kłamią", we "Florystce", albo w "Okularniku". A może autorka specjalnie wprowadza rodzaj nie wyjaśnionego w 100% wątku, ćwicząc nasze szare komórki? Chwilami mnie to drażni, że po przeczytaniu książki zaczynam sama kolejny raz rozważać opisaną zbrodnię, jej motywy, powiązanie z inną zbrodnią, życie ofiary i mordercy, cała wielowymiarowość powieści. Bo fakt jest nie podważalny, to są książki wielowątkowe, nie oczywiste i wymagające skupienia uwagi, a nie wyłączenia się podczas 10 sceny miłosnej pospolitego angielskiego romansu. I mam wrażenie, że nie odkrycie zabójcy jest tu celem, na który się czeka jak w przypadku klasycznego kryminału i pewnie właśnie dlatego nie wyjaśnia ono wszystkiego. Tu jest to raczej dodatek do całej zbrodni, jej tła, historii, ich powiązania i pracy profilera.

Sprawa Niny Frank, Tylko martwi nie kłamią i tu należy wymienić Florystkę, są powiązanie postacią głównego bohatera, psychologa śledczego Huberta Meyera. Ich chronologia ma tu wpływ wyłącznie na kolej życia osobistego profilera, a nie na powiązanie zbrodni, więc nie ma decydującego znaczenia. Treści przybliżać nie zamierzam nie będę, bo to ostudza zapał czytania, chociaż jeśli ktoś którąkolwiek przeczyta i wpasuje się w jego gust, nie ma mowy o braku chęci do czytania pozostałych.

Czytaj dalej...

NIE RÓB Z DZIECKA BIERNEGO PALACZA

nie pal przy dziecku

Nie lubię krytyki. I nie chodzi mi o krytykę skierowaną do mnie, ale w ogóle.  Jeśli nie ma konkretnego powodu, nie ma sensu strzępić języka, a jeśli powód jest, ale błahy, to też szkoda zawracać sobie i innym nim głowę. Podobnie nie lubię postów, które krytykują zwłaszcza innych i ich zachowania. Moje podwórko, moja sprawa i już. A na rodzicielską krytykę podszytą rzekomo dobrymi radami jestem wręcz uczulona. Nie będzie to też post na modny ostatnio temat dziecięcych gołych pup, czy sikania w miejscach publicznych. A na obronę naszych rodaków dodam będąc świeżo po wakacjach za granicą, gdzie pełno maluchów z gołymi tyłkami i zarazem pełno Polaków, że żaden małoletni golas nie mówił po polsku. 
Ot dygresja taka...  a przechodząc do sedna. Sytuacja taka:

Idzie matka, pali papierosa. Obok niej biegnie kilku latek, 5, może 6 lat. Nagle odskakuje, krzyczy "mamo, oparzyłaś mnie!" i zaczyna płakać. Matka na to "to uważaj, jak idziesz".

Sytuacja skrajna, nie ma co, ale idący rodzic z dzieckiem w jednej ręce trzymający zapalonego papierosa, a drugą trzymający dziecko lub pchający wózek to jeden z naprawdę nie wielu rażących mnie widoków. Widok szalenie częsty za równo w przypadku rodziców, jak i dziadków, czego nie mogę pojąć, ani zrozumieć. I o ile właśnie krytyka innych rodziców mnie denerwuje, to taki widok działa na mnie fatalnie. Bo przecież to, że w domu przy dziecku nie zapalisz, tylko wyjdziesz do okna lub na balkon, to nie znaczy, że dbasz o jego zdrowie, jeśli na spacerze bezczelnie kopcisz koło niego dmuchając mu prawie w twarz! Podobnie nie rozumiem zwyczaju palenia na placach zabaw i (o zgrozo!) przy piaskowniach, albo przy furtce do nich. 

 Kiedyś było normą, że paliło się w domach przy dzieciach i nikt się tym nie oburzał. Sama pamiętam śmierdzące dymem zeszyty moich koleżanek ze szkoły, u których w domu wszyscy palili. Albo stwierdzenie, że "w pokoju u dzieci się nie pali" rozwala mnie na łopatki, to co, znaczy, że paląc w drugim nie śmierdzi całe 40 metrowe mieszkanie?! Dziś niby jest świadomość biernego palenia, ale czy na pewno?

Czy Ty mamo/tato/babciu/dziadku, którzy idziecie z dzieckiem paląc, uważacie, że ono tego nie wdycha? Po co w ogóle wychodzić na powietrze, jeżeli ma być z założenia zatrute? Nie znoszę, kiedy idę z dziećmi, a przede mną idzie ktoś palący, a moje dzieci wdychają cały smród. Tym bardziej nie rozumiem, jak możesz pchać wózek jedną ręką i palić.

Po sąsiedzku mam młode małżeństwo, z małym dzieckiem. Większość ciąży, która przypadła na miesiące wiosenno- letnie spędzali na balkonie. On palił. Ona z brzuchem pod nosem siedziała grzecznie obok. Może jej to nie przeszkadzało, ale dziecko powiedzieć nie potrafiło, że jemu to niekoniecznie pasuje. Trudno się potem dziwić, że pół roczny bobas ląduje w szpitalu na pierwsze zapalenie płuc. Jasne, że to nie musi być przyczyną, ale nie od dziś wiadomo, że dzieci z domów, w których się pali są mniej odporne, a rodzice już dawkę nikotyny mu zapewnili od zarodka. I co z tego, że matka nie paliła?

Dbasz o dziecko, nie dajesz mu słodyczy, glutenu, fast foodów, coli i gotowców z baru mlecznego, a przed spaniem karzesz mu myć zęby. To dlaczego w tak trywialny i bezmyślny sposób mu szkodzisz?
I mam gdzieś czy palisz, to nie jest reklama nicorette, ale nie musisz tego robić przy dziecku
Niepalenie w otoczeniu dziecka to nie nadmierna troska i przewrażliwienie. To obowiązek. To oznaka szacunku dla Twojego dziecka/ wnuka i wyraz miłości do niego. 

Czytaj dalej...

JAK ZAPLANOWAĆ WAKACJE Z DZIECKIEM ZA GRANICĄ

wakacje za granica z dziecmi


Mimo, że dla wielu jest to normą, ja długo się zbierałam, by dać się namówić na tak odległy wyjazd. Dlatego nasz pierwszy taki wyjazd ma miejsce, kiedy moj starszy syn ma ponad 6 lat, a nie 6 miesięcy. Byłam pełna obaw, jak urwisy zniosą podróż, czy nie przytrafi się coś nieprzewidzianego, czy będą zadowoleni, co zabrać ze sobą...? Teraz stwierdzam, że przygotowałam się dosyć dobrze, a mimo to nie mogłam wykluczyć kilku zdarzeń. Po prostu nie da się wszystkiego przewidzieć, ale mimo to warto przed takim wyjazdem trochę zaplanować. Moje wyjazdy nauczyły mnie kilku rzeczy, którymi podzielę się z Tobą.

#1 DROGA
W pierwszej kolejności polecam przemyśleć środek transportu. Jeśli na przykład Twoje dziecko choruje w samochodzie, możesz za pewniak uznać, że w samolocie będzie tylko gorzej. Jeśli zakładasz, że dobrze zniesie lot, zapewnij mu rozrywkę, żeby się nie nudziło, no chyba że podróż jest w nocy, to zadbaj o to, żeby było mu ciepło.
Mimo, że moje dzieci nie cierpią na chorobę lokomocyjną (odpukać, ja niestety wiem coś o tym!), miałam spore obawy przed lotem. Nie wiedziałam jak się będą czuli i czy zmiana ciśnienia nie spowoduje problemów z uszami. Podobno dzieci, które dosyć często cierpią na zapalenia uszu, mogą mieć spory problem w trakcie lotu i po. Tuż przed naszym wylotem usłyszałam kilka strasznych historii, o bolącym długo po locie uchu, o pęknięciu błony itp. Zaopatrzyliśmy się nawet w słuchawki wygłuszające, oczywiście gumy i lizaki to standard na lot. Na szczęście żądna z moich obaw się nie sprawdziła. Przynajmniej w przypadku dzieci, bo to ja lot przespałam w owych słuchawkach, ciężko znosząc drogę. Tak, śmiechu warte, że matka choruje w samolocie i boi się latać, a nie dzieci...

#2 LISTA
Zrób listę rzeczy, które musisz zabrać. Zabierz się za to wcześniej, nie dwa dni przed wylotem i systematycznie dopisuj do niej KAŻDY drobiazg, który przyjdzie Ci do głowy, także ten dla Ciebie, a nie tylko dzieci. Nawet najdrobniejszy i taki, który uważasz za oczywisty jak wsuwka do włosów, szczoteczka do zębów, czy para majtek. Tak, dobrze czytasz, jak parę lat temu jechaliśmy na wakacje to tak zadbałam o swoje dziecko, że sama pojechałam w jednych majtkach, które miałam na sobie... Bez komentarza.

#3 APTECZKA
Wszystkie potrzebne rzeczy do apteczki też zapisuj na liście. I na prawdę weź pod uwagę wszystko, co może Ci być potrzebne, biorąc pod uwagę, nawet najczarniejszy scenariusz. Nie wiesz, jakie leki są za granicą w aptekach, więc lepiej nie liczyć na ich zakup. Warto wziąć wszystko, co dziecku może być potrzebne, od leku na gorączkę, a kroplach do oczu skończywszy. Warto pamiętać o czymś na biegunkę, ale także na zaparcie. 
Mimo, że wydawało mi się, że jestem przygotowana na wszystko, żałowałam, że nie wzięłam elektrolitów w postaci jaką lubią moje dzieci, a niestety rozpuszczonego proszku nie lubią. Dlaczego elektrolity? Dwa dni pobytu, a starszy urwis wymiotuje całą noc bliżej, niż dalej... Skończyło się szpitalem i na szczęście strachem, ale takich wrażeń nie polecam. 
Kolejny problem to wypróżnianie, a niestety zmiana pożywienia i niekiedy przyziemnej rzeczy jak toaleta, mają duże znaczenie i warto pomyśleć o czymś, co może dziecku pomóc. Niestety, bardziej obawiałam się biegunki i na taką ewentualność miałam mały wybór leków i skończyło się na kupieniu czopków glicerynowych. Na szczęście dali sobie zaaplikować, ale jeśli miałabym się pakować kolejny raz wzięłabym więcej saszetek Dicopegu, który pomaga w takich sytuacjach.

#4 OCZY WOKÓŁ GŁOWY
Mając dzieci wiesz pewnie, że wakacje z nimi to niekoniecznie super wypoczynek. Nie możesz sobie bezkarnie leżeć przy basenie, popijając beztrosko drinka z palemką. No chyba, że masz starsze dziecko, które chętnie zostanie pod opieką animatora, a Ty masz czas dla siebie. Inaczej musisz ciągle być czujna i w pogotowiu. Przy kąpieli w basenie, spacerze po mieście, jedzeniu na przykład ryby, czy zabawie na plaży, a i tak może Cię spotkać coś nieoczekiwanego. Młodszy na odmianę urwis, podczas zabawy na plaży staną na pszczole. Co było dalej, można się domyśleć, a efekt był taki, że znów zahaczyliśmy o grecką służbę zdrowia. Na szczęście młody nie jest uczulony...

#5 WRZUĆ NA LUZ
Nie pozostaje Ci nic innego, jak przestać się przejmować i martwić na zapas. I tak wszystkiego nie przewidzisz, a tylko możesz zepsuć sobie wakacje. Żeby poczuć się pewniej, weź ze sobą Persen i rozmówki, jeśli masz zaległości w angielskim, zwłaszcza te dotyczące różnych dolegliwości. Akurat o żadnej z tych rzeczy nie pomyślałam, a byłoby warto. Ja w każdym razie odpoczywam po wakacyjnym stresie i następnym razem, gdziekolwiek nie pojadę, mam nadzieję mniej rzeczy mnie zaskoczy.
Na samym końcu. kiedy już na wyrost martwiłam się czy coś jeszcze może się przytrafić i w dodatku już zaczynał dopadać mnie stres przed kolejnym lotem, usłyszałam od mojego 6 latka "mamo, a czemu ty tutaj w ogóle nie jesteś uśmiechnięta?". Dało mi to do myślenia, że zapomniałam spakować więcej dystansu, chociaż z dziećmi łatwe to nie jest...

Czytaj dalej...

NASZE PIERWSZE WAKACJE ZA GRANICĄ Z DZIEĆMI

kreta elafonisi


Tak wiem, niektórzy jeżdżą z maleństwami w najdalsze rejony świata, a ja tu robię z tego wielkie halo. Ale tak mam i już, dlatego do tej pory wakacje z dziećmi spędzaliśmy w Polsce, co mnie całkowicie pasowało. Niestety jak to u nas, pogoda nad morzem często nie rozpieszcza i wybierając sobie ten tydzień czy dwa w roku, kiedy chce się uderzyć nad Bałtyk, trzeba mieć sporo szczęścia, żeby trafić na wyjątkowo słoneczną i bezwietrzną pogodę. Bezwietrzną chyba powinno być na pierwszym miejscu, bo nad naszym morzem mimo słońca piździ zazwyczaj tak, że bez polara, albo parawanu (przynajmniej dla mnie) ani rusz.

I tak po tym jak w zeszłym roku wymarzłam mimo słońca z resztą, przestałam się bronić rękami i nogami przed wakacjami przez duże W. W ten oto sposób polecieliśmy na Kretę, gdzie pogoda dopisuje i specjalnie zaskoczyć nie może, a do walizki pakuje się same leciutkie rzeczy, a nie kurtkę, w której można chodzić w marcu.
Czy jestem zachwycona tak samo jak krytykuję naszą kapryśną pogodę? Może to za dużo powiedziane, bo nie obyło się bez mniej i bardziej dramatycznych przeżyć, o czym jeszcze napiszę, ale klimat fajnie zmienić, choć tydzień, a może zwłaszcza na tydzień, bo dzieci po tym czasie z wyraźną chęcią wróciły do domu. Co do pogody, to dla chłopaków połowa czerwca okazała się już trochę za ciepła. Temperatury sięgały prawie 35 stopni i ożywali około 17, myślę, że początek, albo połowa maja byłyby dla nich bardziej odpowiednie.
Jeśli chodzi o jedzenie, to mimo, że w opcji all inclusive jest w czym wybierać, to moje sporo grymasiły. Nie ma to jak mamina kuchnia;) Gdzieś pod koniec tygodnia usłyszałam, "mamo, zjadłbym normalnych, polskich pierogów z serkiem". To mówi samo za siebie...

Na Kretę można lecieć do Heraklionu i do Chani. Ponieważ koniecznie chcieliśmy odwiedzić jedną z "rajskich plaży", które znajdują się na zachodzie wyspy, szukaliśmy hotelu w okolicach Chani. Balos i Elafonisi to dwie laguny, których żal nie zobaczyć będąc na Krecie. Śmiem twierdzić, że przede wszystkim po to warto tam być. 
My wybraliśmy Elafonisi, które słynie z różowatego piasku, dzięki szczątkom koralowców. Wypożyczaliśmy auto, a tam łatwiej dojechać niż na Balos  i w dodatku bezpośrednio, nie trzeba wędrować. Zainteresowanym polecam zatankować od razu, bo w "środku" Krety stacje benzynowe nie są co krok;)

 I z tego właśnie miejsca są przede wszystkim zdjęcia i dziś mała fotorelacja.

kreta elafonisi

kreta elafonisi

kreta elafonisi

kreta elafonisi
Plaża Elafonisi

chania kreta stary port wenecki
Chania, Stary port Wenecki

kreta koty kot
Kretańczycy kochają koty, wszędzie ich pełno, a oto jeden sikający na plaży;)

kreta chania

kreta chania
Chania Stare Miasto

piasek elafonisi kreta
Różowy piasek na plaży Elafonisi

Czytaj dalej...

5 RAD ZANIM KUPISZ PERFUMY W CIEMNO

jak kupowac perfumy w ciemno

Już wspominałam, że uwielbiam perfumy TU, to moja obsesja i co chwilę znajduję nowe chciejstwa do wypróbowania. A, że nie zawsze i nie wszytko jest na wyciągnięcie ręki do przetestowania, to zdarzają mi się zakupy w ciemno. Na szczęście zdarzają się co raz rzadziej, ale jednak zdarzają. Osobiście nie polecam tego sposobu zakupu perfum, mimo że czasem tak robię;) W sklepach internetowych można kupić perfumy w bardzo atrakcyjnych cenach w porównaniu do perfumerii stacjonarnych, a i tam nie wszystko jest osiągalne. Wtedy zostają nam zakupy w ciemno, a one wymagają wprawy i doświadczenia, albo... po prostu mega farta. Zanim jednak zdecydujesz się na taki krok, warto zwrócić uwagę na kilka rzeczy, bo kupowanie perfum bez wcześniejszego powąchania wcale nie musi być skazane na porażkę.

1. Zastanów się jakiego zapachu szukasz
...i jakie lubisz. Jeśli nie znosisz kwiatowych, mało prawdopodobne, że nagle typowy kwieciuch Ci się spodoba. Jeśli nie przepadasz za gourmand, nie wybieraj takich, gdzie dominuje toffi. Zastanów się czy szukasz zapachu na lato czy zimę, czy ma być bardziej słodki czy orzeźwiający, a może orientalny i tego się trzymaj.

2. Zapoznaj się z nutami zapachowymi
Oczywiście znajomość nut nie zdefiniuje jednoznacznie zapachu, ale z całą pewnością nie zaszkodzi. Jeśli się choć trochę interesujesz perfumami, pewnie wiesz których nut zapachowych nie lubisz. Mnie zajęło to trochę czasu, ale teraz wiem czego wolę unikać i jakie składniki mnie drażnią w perfumach.

3. W miarę możliwości poznaj zapach.
Najlepiej nie zdawać się na implus lub przeczucie, że to wlaśnie TEN zapach. Zdecydowanie lepiej wstrzymać swój zapęd i po wyborze perfum wybrać się na testy do perfumerii, a jeśli nie jest to możliwe, albo zapach jest tam niedostępny, to warto kupić probkę. W efekcie jest bardziej opłacalne niż nabycie całej flaszki zapachu, który się nie będzie podobał.

4. Poczytaj opinie o zapachu
Tak, wiem co osoba to może być inna opinia o perfumach, bo zapachy to rzecz gustu, ale jednak polecam poczytanie opinii. Oczywiście opinie w stylu "podoba mi się/ nie podoba", "ładny/brzydki", nie są w żaden sposób wiarygodne czy miarodajne, ale można trafić na konkretniejsze opisy. W tym celu polecam wizaz.pl i fragrantica.pl. Faktycznie, co nos, to inny odbiór, ale moje doświadczenie wskazuje, że jeśli przynajmniej jedna osoba opisze perfumy jako "dosyć ostre", dla mojego nosa okażą sie takie z całą pewnością. Trzeba po prostu nauczyć się z tych opinii korzystać i umiejętnie je filtrować w zależności od naszego gustu i oczekiwań.

5. Wybierz sprawdzonego sprzedawcę lub sklep
Czasem warto dołożyć kilka złotych i kupić w polecanej perfumerii niż u początkującego sprzedawcy. Jasne, można dawać szansę, w końcu każdy kiedyś zaczynał, ale sama kilka razy się nacięłam i niestety nie polecam. Jeśli chcesz oryginalne perfumy, po okazyjnej cenie, jest w czym wybierać, jeśli chodzi o sprawdzone perfumerie internetowe.
Czytaj dalej...
BeeMammy © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka edytowany przez BeeMammy